Krzepiąca korespondencja z Emilią Góźdź - o udzie tego, co nieoczekiwane

Czerpać radość z nieoczekiwanego – korespondencja z Emilią Góźdź

Krzepiąca korespondencja z Emilią Góźdź - o udzie tego, co nieoczekiwane

Trafiłam na bloga Emilii („Od-planować życie – świadome i pozytywne macierzyństwo”) kilkanaście miesięcy temu i od razu serce zabiło mi mocniej. To, o czym pisała w każdym poście oraz sposób, w jaki przedstawiła siebie na swojej stronie internetowej, przyciągało mnie do niej jak magnes. Nie miałam wątpliwości, podejmując decyzję, kto będzie pierwszym gościem zaproszonym do Projektu KRZEPIĄCA KORESPONDENCJA. Nasza listowa wymiana szczęśliwie zbiegła się z premierą jej pierwszej książki pt. „Atrakcyjna mama – sztuka poznawania siebie”. Dodam jeszcze, że Emilia jest też współtwórczynią projektu Most Food, promującego pozyskiwanie zdrowej żywności od rolników przez mieszkańców większych miast.

Otwartość na zmianę planów

Droga Emilio,
rozpoczynając tę naszą eksperymentalną korespondencję, chciałam się z Tobą podzielić jedną myślą, która towarzyszyła mi czasem podczas czytania Twojego bloga o świadomym i pozytywnym macierzyństwie (a nawiasem mówiąc jest to jeden z niewielu blogów, który udało mi się przeczytać od deski do deski). Otóż, próbując między wierszami wyczytać stworzoną przez Ciebie filozofię „Od-planowania Życia” zastanawiałam się nieraz: „Jak to jest? Czy ta Emilia w takim razie nigdy niczego już nie planuje??? Ale przecież zajmuje się coachingiem, w którym kładzie się nacisk na wyznaczanie i osiąganie celów w przyszłości, co ma duży związek z planowaniem!?” I tak, popuszczając nieco wodze wyobraźni, stworzyłam w mojej głowie zabawny nieco obraz Emilii wyrzucającej przez okno wszystkie kalendarze i planery… Ale chyba nie tak to jednak wygląda, prawda? Gdybyś na chwilę zamknęła oczy i spróbowała w myślach namalować obrazek pt. „Emilia od-planowuje życie”, to, co by się na tym obrazku znalazło?

Z niecierpliwością czekam na pierwszą odpowiedź.

Moniko,
dziękuję za Twoje zaproszenie, a także to, że podzieliłaś się ze mną swoimi przemyśleniami na temat bloga. Wizja wyrzucania planerów i kalendarzy szczerze mnie rozbawiła. Choć rzeczywiście filozofia „Od-planowania Życia” nie ma z tym wiele wspólnego. Gdybym miała w jednym zdaniu opisać moją wewnętrzną przemianę, którą starałam się przekazać moim czytelnikom za pomocą tego sformułowania, to brzmiałoby ono: Emilia od-planowuje życie, a więc zostawia złudzenie, że jest w stanie kontrolować swoje życie i bliskie jej osoby, a zamiast tego uczy się świadomej kreacji i czerpania radości z nieoczekiwanego.

Kiedy powstał blog to hasło było we mnie bardzo żywe i choć dotyczyło każdego obszaru mojego życia, to jednak w głównej mierze macierzyństwa. Nieraz, rozmawiając z innymi mamami, słyszałam: „Myślałam, że będzie inaczej”. Nawet te kobiety, które jasno deklarowały, że nic nie planują, później wracały z nutą rozczarowania w głosie. Kiedy Śmieszka pojawiła się po tej stronie brzucha byłam jeszcze mocno zakorzeniona w starym sposobie patrzenia na rzeczywistość. Doświadczyłam tego, jak trudno może być matce, gdy próbuje swojemu dziecku pokazać, że Ona wie lepiej: kiedy ma jeść, spać, gdzie spać i u kogo być na rękach. Byłam matką, która miała plan. A później stopniowo zaczęłam się uczyć patrzeć do środka siebie i szukać odpowiedzi w mojej córce. Porzuciłam czytanie fachowej literatury, a zaczęłam czytać żywą książkę pt. moje życie. A jego jakość przez ostatnie dwa lata podniosła się niewyobrażalnie. Zobaczyłam jak ogromny wpływ na Śmieszkę ma moje postrzeganie świata. A także odkryłam ogromną radość z podążania za nią, z uczenia się od Śmieszki, która jest moją Wielką Nauczycielką.

Pytasz też o planowanie, a raczej jego brak i jak się to ma do mojej pracy. Wiesz to zabawne, ponieważ co roku kupowałam kalendarz i miałam „plan” zapełniać go ciekawymi treściami. Niestety zazwyczaj przypominałam sobie o nim pod koniec roku, kiedy trzeba było kupić kolejny… A w tym roku mój kalendarz jest pełny, żyje. Są w nim zapisane moje cele, daty spotkań, relacje z ważnych wydarzeń. Taki paradoks:). Myślę, że jeszcze nigdy nie miałam tak jasno określonych celów swojego życia. Tylko ich jakość zupełnie się zmieniła, kiedyś myślałam o tym, ile chce mieć pieniędzy, jak duży dom, ile dzieci, ile mam ważyć w moje trzydzieste urodziny. A dziś zastanawiam się, w jakim celu żyję? Co chcę po sobie zostawić? Jak żyć, aby to że byłam, czyniło jakąś różnicę? Moje dni są planowane z dużo większą starannością niż kiedyś, z tą różnicą, że nieustannie jestem otwarta na zmianę planów, dostosowanie ich do wyłaniających się okoliczności i przede wszystkim weryfikowania, czy moje plany zgadzają się z życiowymi priorytetami.

Ściskam,
E.

Aktywne tworzenie swojego życia

Droga Emilio,
to, co napisałaś na temat zawartości Twojego tegorocznego kalendarza wydaje mi się bardzo pokrewne z tym, co napisał Stephen R. Covey w książce „7 nawyków skutecznego działania”. Znasz ją może? Covey mówi między innymi o tym, że zanim zaczniemy planować i zarządzać sobą w czasie, warto zostać swoim przywódcą i określić swoją życiową misję – to, jakie wartości są dla nas ważne, jakie cele chcemy osiągnąć i dlaczego. Dopiero mając świadomość tych spraw, można sensownie planować każdy tydzień i każdy dzień. Bardzo mnie to podejście przekonuje, tym bardziej że autor co chwilę podkreśla potrzebę częstego powracania myślą do tych swoich priorytetów, sprawdzania ich, korygowania, jeśli trzeba.

I tak czytając Twój list oraz przypominając sobie Covey’a, uświadomiłam sobie, że potrzebowałabym tak zaprojektowanego planera, który uwzględnia zarówna miejsce na zapisanie rzeczy do zrobienia (listę „to do”), jak i swoich celów (książka Covey’a zresztą zawiera taką przykładową tabelę do organizowania czasu). Trzymając się jednak także Twojej filozofii „od-planowania życia”, cudownie byłoby mieć także w takim kalendarzu miejsce na zapisanie tych wszystkich nieoczekiwanych zdarzeń, które czasem są jak cuda i potrafimy docenić je od razu, a czasem działają – mówiąc przysłowiowo – jak grom z jasnego nieba i potrzeba nam trochę dystansu, żeby zrozumieć ich sens i płynącą z nich naukę dla nas. Co o tym myślisz? Czy nie kusi Cię wizja takiego planera, który na okładce miałby napisane paradoksalnie „Od-panować Życie ROK 2015”?

W Twoim liście moją uwagę przykuło jeszcze jedno sformułowanie. Napisałaś, że „uczysz się świadomej kreacji”. Na raczkującym dopiero Fanpage’u DoM-u Dobrego Miejsca ogłosiłam październik miesiącem rozbudzania kreatywności. Chciałabym więc zapytać, na czym polega ta Twoja „świadoma kreacja”? Podaj kilka obszarów, w których czujesz się artystką swojego życia i opisz krótko, jak to u Ciebie działa.

Jestem bardzo ciekawa Twojej odpowiedzi.
Pozdrawiam, wysyłając ciepłe uśmiechy w Twoją stronę,
Monika

Moniko,
kiedy w pierwszej chwili przeczytałam to, co napisałaś o książce Covey’a poczułam w sobie pewien sprzeciw. Zdziwiłam się tym stanem, bo znam tę książkę i pamiętam, że zrobiła na mnie świetne wrażenie. A więc, o co chodzi? Czemu pojawił się we mnie niepokój? Potrzebowałam z tym pochodzić i znalazłam odpowiedź. Książkę „7 nawyków skutecznego działania” czytałam kilka lat temu, kiedy byłam w zupełnie innym miejscu w swoim życiu. Chciałam je ulepszyć i usprawnić głównie w obszarze zawodowym i pod tym kątem tę książkę czytałam. Kiedy skończyłam pomyślałam: „Acha, to ja już wiem, co mam zrobić. Przecież to takie proste!” No i tu się zakończyła moja historia ze zmianą nawyków w tamtym czasie. I to mi przypomina refleksję sprzed kilku miesięcy, że nie wystarczy chcieć zmienić swoje życie, nie wystarczy o tym czytać. Trzeba po prostu zacząć to robić, konsekwentnie, dzień za dniem!

Natomiast bez wątpienia podpisuję się pod tym, co napisałaś na początku. Ustalenie naszej życiowej misji, tego w jakim celu żyjemy to dla mnie podstawa. A pytania: Kim jesteś? Co jest dla Ciebie najważniejsze? W jakim celu żyjesz? – słyszy każda moja klientka zazwyczaj już na drugiej sesji coachingowej:).

Bardzo zaciekawiła mnie także wizja planera, o którym piszesz – myślę, że dla wielu osób mogłaby to być dodatkowa motywacja do regularnej pracy, a przy tym fajna zabawa. Nie dziwi mnie też, że o czymś takim pomyślałaś, bo dla mnie (choć przecież bardzo słabo się znamy) jesteś osobą zwracającą dużą uwagę na szczegóły i myślę, że także dbasz o przestrzeń i przedmioty, które Cię otaczają? Mam rację?

Moniko, miesiąc rozbudzania kreatywności – wow! Świetne:). Już nie mogę się doczekać, co przygotujesz na listopad. A wracając do kreatywnego października, to mnie czeka w najbliższym czasie spore przemeblowanie w domu i tak sobie pomyślałam, że jak mi będzie brakowało pomysłów, to pomyślę ciepło o Tobie i pewnie odnajdę kolejne siły:).

A odnośnie kreowania swojego życia. Mocno wierzę, że każdy z nas sam kreuje swoją rzeczywistość. Przyciąga do siebie takich ludzi i takie zdarzenia, które potrzebuje. Jednak ponieważ wiem, że dla wielu takie myślenie jest czystą abstrakcją to chcę się skupić na czymś innym. Bez względu na to, czy zdarzenia, które nam się przytrafiają są wynikiem naszej kreacji, czy nie, to ZAWSZE mamy wpływ na to, jak na nie zareagujemy. I to jest jeden z nawyków, który zmienił moje podejście do życia. Nie ma znaczenia, co mi się przytrafi, bo to ja będę te zdarzenia interpretować i to ja nadam im swoje znaczenie. A odnośnie obszarów mojego życia? Myślę, że zmierzam do tego, aby traktować je tak jako całość.

Moniko, bardzo chętnie przeczytam więcej o Tobie! Napiszesz mi jak i kiedy zaczęła się historia DoMu Dobrego Miejsca?

Ściskam Cię serdecznie,
E.

Historia DoM-u Dobrego Miejsca, czyli o tym, jak Emilia pociągnęła mnie za język:)

Droga Emilio,
Tak, w mojej pamięci bardzo mocno zapadł Twój wpis, w którym napisałaś o takim odwróceniu pytania: zamiast „Jak on mógł tak postąpić?” – lepiej „Co mi ta sytuacja mówi o mnie?”, „O jakich moich potrzebach mnie informuje?” (tak mi to zapadało w pamięć).

W ogóle jest na Twoim – niewątpliwie kreatywnym – blogu kilka takich perełek, które pozwolę sobie tutaj wymienić, a nawet podlinkować. Nie tylko dlatego, żeby innym polecać, choć czynię tą z ogromną przyjemnością, ale też chcę dla samej siebie te pokrzepiające wpisy zgromadzić w jednym miejscu. Od tego jest w końcu ta moja spiżarnia:). Więc moja lista TOP 7, to:

To oczywiście bardzo subiektywny wybór.

Muszę przyznać, że Twój ostatni list bardzo mnie zaskoczył. Teraz myślę, że mogłam się tego przecież spodziewać, a jednak wcześniej nie wpadłam na to, że osoba, którą zaproszę do korespondencji, także może zadać mi pytanie i moja rola nie ograniczy się jedynie do stymulowania inspirujących wypowiedzi mojego gościa, ale także mnie będzie angażować do odpowiadania. Przyznam, że bardzo mi się to podoba!!! Jest to też taki naddatek, o który trudno w standardowym wywiadzie. Mam więc kolejny raz dowód na to, że działając, wprowadzając w życie jakiś nowy pomysł, on samą mnie pozytywnie zaskakuje i przerasta moje oczekiwania. To doświadczenie jest chyba bardzo bliskie temu, co napisałaś o potrzebie aktywizmu zamiast biernego tylko myślenia, czytania, planowania („trzeba zacząć to robić”) oraz o – abstrakcyjnie może brzmiącej dla niektórych – kreacji rzeczywistości polegającej na przyciąganiu „takich zdarzeń i takich ludzi, jakich potrzebujemy”.

Skoro więc zostałam wywołana do odpowiedzi, bardzo chętnie podzielę się Historią DoM-u Dobrego Miejsca, bo rzeczywiście, jak każdy dom, i ten mój, wirtualny na razie, ma swoją Historię. A Historie mają w sobie zawsze coś magicznego i urokliwego, więc wyobraź sobie, jakbyśmy razem w październikowy wieczór siedziały przy rozpalonym kominku, piły ciepłe kakao i rozmawiały.

Wszytko zaczęło się w połowie listopada 2012 roku i podobnie jak u Ciebie moja metamorfoza rozpoczęła się od tego, że pod moim sercem pojawił się mały człowiek. To była moja druga ciąża (córka miała już trzy i pół roku). Ze względów zdrowotnych musiałam przerwać pracę zawodową i nieoczekiwanie w moim życiu znów zrobiło się więcej przestrzeni. Dodam, że pracowałam jako nauczyciel i byłam dobra w tym, co robiłam, jednak to nie było zajęcie, które byłoby moją pasją. Wiele rzeczy mi przeszkadzało – jedną z nich był na przykład hałas. Poza pracą na etacie byłam w trakcie robienia doktoratu na Wydziale Polonistyki. I tutaj też – z jednej strony cieszyło mnie to i rozwijałam się w tym, ale brakowała tego czegoś. Może chodziło o to, że w obu tych obszarach – i w pracy w szkole, i w pracy naukowej – rozwijałam się, ale nie rozwijałam w pełni siebie. Tego rozróżnienia nauczyłam się od Adama Dembowskiego. Brzmi niby podobnie: „rozwijać się”, „rozwijać siebie”, ale w gruncie rzeczy to dwie różne sprawy. ROZWIJANIE SIEBIE oznacza, że znam dobrze swoje predyspozycje, talenty, to, co jest we mnie jedyne i niepowtarzalne i właśnie to rozwijam, bo do tego zostałam stworzona i przez to mogę wnieść coś istotnego dla innych, dla świata. Więc gdy poczęło się we mnie drugie dziecko, to pojawiły się nagle takie sprzyjające warunki, żeby ta moja indywidualna, nieodkryta wcześniej jakoś wyszła trochę na wierzch. No i chwyciłam się tego, i już nie chciałam puścić, bo poczułam, że w końcu zaczynam żyć swoim życiem i jestem w swojej bajce.

A konkretnie – to był niedzielny listopadowy wieczór. Słuchałam w radiu plus audycji Miry Jankowskiej, twórczyni Mistrzowskiej Akademii Miłości, pt. „Kochaj i rób co chcesz” (niestety od dłuższego czasu nie ma już tej audycji w tym radiu). Rozmowy Miry z zaproszonymi gośćmi zawsze były dla mnie inspirujące i słuchałam ich z wielkim zaciekawieniem, ale wtedy – tamtego wieczoru – zakiełkowała w mojej głowie myśl, że cudownie byłoby stworzyć takie miejsce, do którego można by tak inspirujących ludzi, jak np. Mira i jej goście, zapraszać do prowadzenia prelekcji, warsztatów. Pomyślałam, że wspaniale byłoby się zajmować tworzeniem takiej rozwojowej przestrzeni. Początkowo byłam w tych marzeniach bardzo ostrożna i widziałam swoją rolę bardziej jako organizatora, koordynatora. Ale powolutku z jednego ziarenka-pomysłu, które zaczęłam pielęgnować, zaczął wyrastać kwiatek, który zadziwił mnie swoim pięknem. Zaczęłam powoli dopuszczać do siebie nieśmiałe, ale silne, pragnienie, by samemu takie warsztaty rozwoju prowadzić, by w tej przestrzeni, która nazwała mi się w głowie Ośrodkiem Rozwoju Osobistego, pełnić czynną rolę kogoś w rodzaju trenera czy coacha, osoby która motywuje do pozytywnych zmian w życiu i zachęca do odkrywania swojego potencjału.

Bardzo ważne w tym procesie wykluwania się DoM-u było przekuwanie myśli na działanie – dzięki temu marzenie zaczynało żyć, stawać się rzeczywistością. I tak końcem listopada 2012 napisałam entuzjastyczny list do Miry Jankowskiej, dzieląc się swoim nowym pomysłem na życie. Ku mojemu zaskoczeniu, Pani Mira nie tylko odpisała, ale i zaproponowała rozmowę telefoniczną. To było niezwykłe – móc w swojej słuchawce usłyszeć ten radiowy głos, który wcześniej wydawał się tak fascynujący, ale nieosiągalny.

Zaczęłam wszystkie pomysły zapisywać w pięknym notatniku marki Fabriano, który dostałam wiele lat wcześniej w prezencie i którego żal mi było używać. Nagle poczułam, że moje pomysły są cenne i zasługują na papier najwyższej jakości. To była dla mnie zupełna nowość.

W grudniu pojawiła się kolejna myśl, że nic nie stoi na przeszkodzie, aby od zaraz podjąć jakieś małe kroki na nowo odkrytej ścieżce. I znów – najpierw pomyślałam, że mogłabym znaleźć jakieś portale, aby publikować recenzje rozwojowych książek, którymi zaczytywałam się od dawna, ale nigdy nie myślałam, że to mogłoby być czymś więcej niż tylko przyjemnością dla mnie samej. Po kilku dniach doszłam do wniosku, że po co mam pisać teksty dla kogoś – może mogłabym stworzyć swoje miejsce w sieci. Więc jeśli ktoś chciałby wiedzieć, które DoM-owe pomieszczenie powstało pierwsze, to odpowiadam – bez wątpienia biblioteka. Ale gdy pomysł inspirującej biblioteki został zapisany w notatniku, nagle jak grzyby po deszczu pojawiły się pomysły innych wirtualnych pomieszczeń. I tak w grudniu 2012 roku założyłam bloga DoM – Dobre Miejsce, w którym wpisy były oznaczanie nazwami tychże pomieszczeń.

Prowadziłam bloga przez półtorej roku – w międzyczasie rodząc synka, przeprowadzając się czasowo za granicę i broniąc doktorat. W te wakacje podjęłam decyzję o przeprowadzce DoM-u Dobrego Miejsca na własną domenę. Znalazłam w sieci wspaniałe środowisko kobiet, dzięki którym uwierzyłam, że mogę sama stworzyć własną stronę internetową, czyniąc mój pomysł bardziej czytelnym i estetycznym pod względem wizualnym. Uznałam, że DoM – Dobre Miejsce zasługuje na bardziej profesjonalny wygląd. To był dla mnie taki znak, że traktuję swoje marzenia poważnie i biorę za nie odpowiedzialność.

Pragnienie stworzenia Ośrodka Rozwoju Osobistego jest we mnie wciąż żywe. Podobnie jak chęć prowadzenia warsztatów. Osłabła nieco myśl o szkoleniu w obszarze trenerstwa albo coachingu. Teraz określam się jako animatorkę rozwoju osobistego i na razie dobrze mi z tym mianem. Nie uważam, żebym na razie musiała zaliczać kolejne szkolenie, żeby robić, to co robię.

Emilio, jak widzisz rozpisałam się i mam wrażenie, że mogłabym tę DoM-ową Historię snuć jeszcze bardzo długo, zagłębiając się w wiele ciekawych w moim odczuciu niuansów. Tak jak mama, która godzinami potrafi opowiadać o swoich dzieciach:). Ale muszę tej Historii nadać jednak pewne ramy ze świadomością, że zawsze do takich DoM-owych Opowieści można powracać i odsłaniać jej nowe wątki.

Dziękuję Ci za inspirujące pytanie – podobnie jak za zwrócenie uwagi na tę moją miłość do szczegółów. Rzeczywiście jestem dość wnikliwą i bardzo lubię piękne drobiazgi, jednak ciągle widzę, że to jest dla mnie nieustanne wyzwanie, by tę miłość do detalu przekładać na konkretne działania w codzienności. Często taka zwykła krzątanina i zabieganie sprawia, że ciągle te swoje estetyczne potrzeby odkładam na później i myślę, że wiele przez to tracę. Ale ciągle uczę się… I muszę przyznać, że teraz prowadzenie mojej strony internetowej bardzo mi pomaga w tym zatrzymaniu się na tym, co ważne i piękne.

Emilio, chciałam Ci na koniec tego listu napisać, że z wielką uwagą przeczytałam zdanie, które sformułowałaś tak: „odnośnie obszarów mojego życia? Myślę, że zmierzam do tego, aby traktować je tak jako całość”. Dało mi to do myślenia i zostanę z tym na dłużej.

Tymczasem chciałam Ci zadać kluczowe pytanie. W naszej korespondencji przewinął się już kilka razy wątek życiowej misji. Więc jak Ty postrzegasz swoją życiową misję? Co jest dla Ciebie najważniejsze?

Pozdrawiam Cię ciepło, życząc twórczego przemeblowania i wielu miłych niespodzianek w tym tygodniu,
Monika

Zmierzając do sedna, pozostając ze słodkim niedosytem

Moniko,

dziękuję Ci, że podzieliłaś się ze mną swoimi refleksjami odnośnie moich tekstów. To dla mnie bardzo ważne:). Jestem pod wrażeniem, że ktoś tak zapamiętał te treści.

Wszystko to, co napisałaś o sobie, czytałam z wypiekami na twarzy. Wiesz, ja w pierwszej chwili, gdy zaprosiłaś mnie do tego projektu, również myślałam o nim w kategorii wywiadu ze mną. Jednak w pewnym momencie nastąpiło olśnienie. Przecież ja mogę też tę okazję wykorzystać, aby dowiedzieć się czegoś o Tobie. I to był strzał w dziesiątkę, bo poznałam niezwykłą historię, która z pewnością ubogaciła mój początek tygodnia. Czytając o początku Twojej zmiany przyszła do mnie ponownie refleksja: „dzieci, nasze dzieci, które robią tak niesamowite rzeczy w naszym życiu”. Prowadzą nas, pomagają nam wrócić na właściwe tory. Oby coraz więcej mam potrafiło to zobaczyć i czerpać z mądrości swoich dzieci. Cała historia to dla mnie doświadczenie, kiedy niemożliwe staje się możliwe. To opowieść o tym, co dzieje się, gdy wychodzimy ze strefy komfortu, gdy przestajemy dopuszczać do naszego serca głosy rozumu: przecież to głupie, przecież to nie ma sensu itp. A zamiast tego idziemy za sercem. Z moich osobistych doświadczeń wynika, że zawsze, gdy robię coś z sercem, coś co daje mi radość, to efekty przechodzą samą mnie. Zachwyciło mnie jeszcze jedno: „animatorka rozwoju osobistego” – genialne określenie! W obecnych czasach gdy „coach”, „trener” stają się słowami nieco wytartymi wprowadzasz taki powiew świeżości. Proszę Cię, idź odważnie w realizację swoich marzeń, bo moim zdaniem jesteś zdecydowanie za skromna!

Moja życiowa misja? Tę moją, moją, osobistą wolę pozostawić dla siebie – myślę, że zrozumiesz. Natomiast oczywiście ona przewija się we wszystkim, co robię, bo najważniejsze to nie skupiać się na słowach tylko czynach. Kluczowe w moim przypadku okazało się także ustalenie priorytetów: moja rodzina jest dla mnie najważniejsza. Zawsze tak mówiłam, ale dopiero od dwóch lat mam poczucie, że teoria pokrywa się z praktyką. To, czym się zajmuję we wszystkich tzw. aspektach zawodowych, to przede wszystkim przywracaniem równowagi w systemach, w których ona została zachwiana. A co tu dużo mówić – cały nasz świat stoi na głowie, więc pracy z pewnością starczy mi do końca życia:).

Serdecznie pozdrawiam,
Emilia

Droga Emilio,
teraz to ja dziękuję, że podzieliłaś się ze mną swoimi wrażeniami dotyczącymi czytania DoM-owej Historii. To chyba pierwszy raz, kiedy opowiedziałam ją tak szczegółowo komuś spoza mojego najbliższego grona. Zastanawiam się teraz, dlaczego tak jest, że o czymś tak dla mnie ważnym, mówię tak niewielu osobom. Nie ma na takie opowieści czasu? A może to ta skromność, którą zauważyłaś? Skromność, która ociera się o jakieś zatajanie siebie, nie dopuszczanie prawdziwej „ja” do głosu… Taka skromność na pewno nie wspiera porywów serca, tylko je tłumi. Pewnie bierze się z lęków…

Tak że zostaję z tym znakiem zapytania, jak i z wieloma innymi. Bo powoli proces naszej korespondencyjnej wymiany dobiega końca i nie ukrywam, że towarzyszy mi przy tym pewien niedosyt. I nie chodzi mi o to, że byłaś tak powściągliwa w odpowiedzi na pytanie o życiową misję. Bardzo to szanuję i cieszę się, że postawiłaś tutaj granicę. Jednak wiele innych wątków, mnie jeszcze zaciekawia i nie starcza już czasu, aby je pociągnąć. Np. kwestia postrzegania swojego życia jako całości, a nie sumy obszarów… Albo to, co nazwałaś w ostatnim liście „przywracaniem równowagi w systemach, w których ona została zachwiana”… Czuję, że mogłabyś mi jeszcze wiele ciekawych rzeczy na te tematy napisać. Ale cóż! Wszystko ma swoje ramy, ograniczenia. A ten niedosyt w dużej mierze słodki… Mam poczucie, że ta listowna wymiana myśli nam się bez względu na wiele niedokończonych wątków udała.

Na koniec jestem bardzo ciekawa Twoich odczuć w tym względzie. Chciałabym wiedzieć, jak się czułaś w trakcie tego Spiżarnianego Projektu? Czy ten czas czegoś Cię nauczył, coś Ci ciekawego pokazał? Czy może z jakichś powodów było Ci w tym procesie trudno?

Z ciekawością czekam na Twoją ostatnią odpowiedź. Nie ukrywam, że nie mogę doczekać się ostatecznego domknięcia, czytania i redagowania całości, no i publikacji:).

Pozdrawiam ciepło,
życząc owocnego tygodnia,
Monika

Moniko,
tak więc życzę Ci odwagi w robieniu tego, co kochasz. Ja mocno kibicuję!

Mnie również towarzyszy pewien niedosyt, choć w bardzo podobnym kierunku jak u Ciebie. Wiem, że zawsze możemy do tych kwestii wrócić np. w naszych tekstach na blogach, bądź po prostu do siebie napisać:).

Jak się czułam w trakcie naszej korespondencji? Bez wątpienia potrzebowałam chwili, żeby się rozruszać, rozkręcić, wejść w to, złapać ideę i ją poczuć. Każdy Twój mail był dla mnie inspiracją i nową informacją o mnie. Z zaangażowaniem czytałam, co myślisz o moich słowach, a także o otaczającym nas świecie. Wisienką na torcie była Twoja historia.

Z pewnością mogłabym wymienić kilka obszarów, które ta wymiana maili poruszyła i były dla mnie istotne, ale chcę się skupić na jednym, który wybrzmiewa mi najbardziej. Na początku naszej korespondencji towarzyszył mi strach, czy sobie poradzę, czy moje odpowiedzi będą satysfakcjonujące. Ale z każdym mailem to puszczałam. Czyli zostawiałam oczekiwania wobec siebie, a także Ciebie, tylko pisałam to, co dyktowało mi serce. I to pokazuje, że trzeba iść za sobą, puszczać ograniczenia, które w nas siedzą i oczekiwania wobec siebie i świata. Im dłużej pracuję ze sobą, tym bardziej się utwierdzam, że właściwie wszystkie moje smutki wynikają z dwóch przyczyn: oceny albo moich oczekiwań. I nad tym teraz mocno pracuję, tym się z Tobą dzielę, bo to jest we mnie bardzo żywe.

Moniko, pragnę Ci serdecznie podziękować za zaproszenie do tego Projektu, za wszystko to, co wniosłaś w moje życie w ostatnim czasie. Świetne doświadczenie!

Serdecznie Cię pozdrawiam,
E.

Przewiń do góry