Hej, Mamo! Dobrze się bawisz?

źródło zdjęcia

Temat zabawy z dziećmi wisiał nade mną od dawna jak burza. Od dawna bowiem mam wrażenie, że trudno mi się z dziećmi bawić, że odczuwam jakiś opór w tej kwestii.

Nie mam rodzeństwa. Jako nastolatka często bawiłam się w weekendy z moim chrześniakiem, ale nie było mi pod drodze z tą zabawą i bałam się wtedy nawet tego, że nie będę potrafiła bawić się z moimi własnymi dziećmi, które zawsze chciałam mieć. Gdy urodziłam córkę, przez jakieś dwa lata byłam w szoku, że tak łatwo przychodzi mi zabawa, która z zewnątrz może wydawać się ślęczeniem na dywanie. Ciągle jednak miałam trudność w zabawach z innymi dziećmi z rodziny, a z czasem także intensywne zabawy z córką, a potem z synkiem zaczęły mnie bardzo uwierać.

Już nawet kupiłam rok temu książkę Cohena „Rodzicielstwo przez zabawę”, ale szczerze mówiąc nie miałam ochoty jej wcale czytać. Odpychało mnie od zagłębiania się w temat zabawy, mimo że dzielnie nieraz bawiłam się z dziećmi wbrew sobie.

Aż w końcu na horyzoncie pojawiło się wyzwanie Agnieszki Pieniążek z bloga Domowe Zawirowania, zwieńczone wirtualną Domówką w mojej Grupie na FB Dom Dobre Miejsce, na której żywo dyskutowałyśmy z innymi mamami na temat zabawy i oporu, który nam w niej towarzyszy.

Ten opór nie daje się zbić argumentami, które od dawna przemawiają do mojego rozumu.

„Generalnie chodzi o to – wyjaśnia Agnieszka Pieniążek – że dzieci na co dzień czują się bardzo „przestawiane z kąta w kąt”. O niewielkiej ilości rzeczy mogą same decydować, prawie wszystko dzieje się ponad ich głowami, a często rodzice mają zupełnie inne priorytety niż one. A niby czemu szybkie nałożenie butów rano przed przedszkolem miałoby być dla dziecka ważniejsze niż jeżdżenie samochodem po dywanie?! Często zabawa jest dla dzieci jedynym miejscem, gdzie wszystko może się odbyć na ich własnych warunkach. W zabawie wreszcie one mogą zdecydować o tym, co ma się dziać, kto jest kim, kto wygrywa, a kto przegrywa. Im mniej dzieci mają poczucia kontroli w codziennym życiu, tym więcej potrzebują go w zabawie. Szczególnie jak już idą do przedszkola czy szkoły, gdzie innymi dziećmi nie mogą dyrygować. A rodzicami w zabawie czasem się da.”

I ja to wszystko rozumiem, ale opór przed zabawą nie znika. Doszłam do wniosku, że problem leży głębiej w moich niezaspokojonych potrzebach, w niewysłuchanych emocjach, których także ja doświadczam. Potwierdza to Cohen, którego w końcu czytam :):

„Zanim zaczniemy wprowadzać w życie jakiekolwiek porady dotyczące rodzicielstwa, musimy najpierw sami naładować sobie baterie, napełnić swoje puste kubki, wysłuchać się wzajemnie i wyjść z naszych własnych wież izolacji i bezsilności. Innymi słowy, sięgnąć po te same rozwiązania, o których mówiłam bez przerwy, opisując metodę rodzicielstwa przez zabawę, i zastosować je do samych siebie”.

I tak doszłam do wniosku, że zabawa jest potrzebna mnie samej, a szukanie źródeł mojego oporu może być początkiem drogi do życia, w którym jest więcej śmiechu, radości i luzu. Dzielę się tymi obserwacjami z Tobą, bo wiem, że to może być pomocne.

Widzę co najmniej trzy powody, dla których trudno mi się bawić.

1. W dzieciństwie mało kto z dorosłych się ze mną bawił…

Pieczołowicie przechowuję w sercu te wspomnienia, kiedy robiłam coś z mamą lub z tatą. Pamiętam, jak tata, malując lamperię w łazience, namalował mi na ścianie pomarańczowego kwiatka :). Pamiętam, jak czasem huśtałam się na nodze mamy, udając, że to konik. Nie zapomnę tej radości, gdy tata zrobił mi latawiec, wędkę, łóżeczko dla lalek. Fajnie było grać z rodzicami w karty.

Jednak tych chwil całkowitej uwagi, bliskości, śmiechu i zatopienia się w żywiole zabawy było bardzo mało. Nie piszę tego z wyrzutem. Już dość dawno to przepracowałam. Trochę takie były czasy, ludziom z pokolenia moich rodziców także brakowało pozytywnych wzorców pod tym względem.

Mając jednak świadomość tego źródła problemu, mogę sama spróbować coś z tym zrobić. Mogę lepiej zrozumieć zazdrość mojego wewnętrznego dziecka i to, że jakaś część mnie rywalizuje z moim rodzonymi dziećmi o uwagę (więcej o wewnętrznym dziecku przeczytasz tutaj).

I teraz kiedy mój synek prosi o zabawę ze mną, mogę sobie pomyśleć: „Hej, Monisiu! Pobawimy się razem z nim”. Z tego punktu widzenia zaproszenia od moich dzieci do zabawy stają się kolejną szansą na zmniejszenie deficytów z dzieciństwa. Byle tylko umieć to porozdzielać: zobaczyć, że jestem dorosła, ale ta mała dziewczynka we mnie wciąż potrzebuje uwagi :). O! Teraz cieszy się, że piszę o niej na blogu i wszyscy o niej przeczytają :).

2. Myślę w życiu więcej o obowiązkach, a nie zabawie…

To bierze się trochę z tego pierwszego. Mam wdrukowany taki wzorzec:

  • że w życiu trzeba pracować,
  • że wiele rzeczy muszę zrobić, nawet jeśli nie mam ochoty,
  • że obowiązki są ważniejsze od przyjemności,
  • że na śmiech i rozluźnienie można sobie pozwolić tylko od święta, a i to nie zawsze.

Tak żyła i nadal żyje większość ludzi z mojego otoczenia. I oczywiście do pewnego stopnia to jest dobre, bo chroni przed całkowitym chaosem, daje poczucie bezpieczeństwa i stabilności. Ale widzę też potrzebę zrównoważenia tego wszystkiego pierwiastkiem zabawy.

Bo kto powiedział, że życie musi być nudne i bezbarwne, że naszej pracy nie możemy wykonywać z pasją i zaangażowaniem, że nie można się głośno śmiać komuś do ucha co rano – a już szczególnie w poniedziałek. Przecież nawet nasze domowe obowiązki można potraktować z większą lekkością, otoczyć je aurą przygody, zamienić to co żmudne i nudne w coś ciekawego przy odrobinie wyobraźni.

Nie jest to łatwe, ale gdy już się przemogę, to widzę, jak bardzo mnie to cieszy i ile radości sprawia moim dzieciom. Ostatnio obrzucaliśmy się po południu wyschniętym praniem, a potem dzieciaki zakopywały się pod nim. Nic się nie podarło, nie zbrudziło od nowa, a pomięte i tak już było wcześniej:). Była niesamowita frajda – także po mojej stronie.

Jedno też wiem na pewno – że gdy pozwalam sobie w swoim dorosłym i poważnym życiu na więcej śmiechu, rozrywki, wytchnienia, spontaniczności i luzu, to pozbawiam się tego napięcia i skostnienia, które utrudnia mi zabawę z dziećmi.

3. Stawiam sobie za wysoko poprzeczkę jako mama…

Wisiałaś kiedyś na drążku? Albo na gałęzi chociaż? U mnie jako mieszkanki wsi więcej było tego drugiego – oj, powisiałabym sobie tak jeszcze! Naprawdę! Musze tak zrobić tego lata! W każdym razie pamiętam też, jak frustrowało mnie to, gdy taka gałąź była za wysoko i nie mogłam się nią wdrapać.

Myślę, że podobny mechanizm działa czasem w zabawie z dziećmi. Tak bardzo bym chciała wymyślić coś kreatywnego dla nich, edukacyjnego, rozwojowego. Myślę, też o nie wiadomo jakim moim zaangażowaniu w tę zabawę, a jednak obserwuję, że moje dzieci nie potrzebują tego.

One chcą przede wszystkim uwagi, zatrzymania się przy nich i odłożenia wszystkich innych sprawa na chwilę na bok. Nie muszę tak naprawdę wiele wymyślać od siebie. Większość kwestii do powiedzenia i zachowań do odegrania mam już przez nich często podane i nawet burzą się, gdy zaczynam sama coś oryginalnego wprowadzać.

Oczywiście to może nużyć i nudzić, ale z drugiej strony siedzenie na dywanie i jeżdżenie po nim samochodzikiem oraz wykonywanie poleceń synka może być świetnym sposobem na zresetowanie się. Nie muszę się wtedy jakoś szczególnie wysilać, byleby patrzeć na niego i słuchać. Mogę pozwolić sobie na luz, na to, że w końcu nie muszę wpasowywać się w swoje dorosłe standardy.

*

Jestem ciekawa, czy coś z tego jest bliski i czy Ci to pomogło! Jeśli uważasz, że to cenne, dziel się ze znajomymi w social mediach! Może dzięki temu więcej rodziców będzie się dobrze bawić w swoim rodzicielstwie :).

A Ty? Dobrze się bawisz ze swoimi dziećmi czy niekoniecznie? Podziel się w komentarzu!
Przewiń do góry