Jeszcze bardziej służyć – korespondencja z Piotrem Michalakiem

Piotr Michalak

Przedstawiam kolejnego gościa projektu Krzepiąca Korespondencja. Jest nim Piotr Michalak – jeden z najpopularniejszych w Polsce trenerów biznesu i rozwoju osobistego. To, co ujęło mnie w jego działalności, to otwarte mówienie o kierowaniu się w życiu i w biznesie takimi wartościami, jak: miłość, wiara, mądrość, służba, inspiracja, strategia i wzrost. Na stronie internetowej www.strategie-rozwoju.pl lubię śledzić wątki dotyczące pasji, misji, wizji oraz talentu jako ważnych czynników budowania zarówno dobrego przedsiębiorstwa, jak i udanego życia. W naszej korespondencji poza tematami związanymi z prowadzeniem firmy dotykamy też spraw duchowości, małżeństwa oraz wychowania dzieci. Życzę owocnej lektury i wdrożenia choćby jednej inspiracji w swoim życiu.

Strategie rozwoju osobistego a rozwój duchowy

Drogi Piotrze!

Tak się jakoś składa, że jak dotąd zwykle zaczynałam Krzepiącą Korespondencję z moimi gośćmi od pewnego nawiązania do nazwy tego, co tworzą (firmy, bloga, marki etc.). To chyba odprysk mojego polonistycznego wykształcenia i zamiłowania do wszystkiego, co wiąże się ze słowem i językiem :).

Ciebie również chcę na początku zapytać o STRATEGIE ROZWOJU. Wiem, że główną grupą Twoich klientów są przedsiębiorcy. Starasz się im pomagać nie tylko w planowaniu działań marketingowych czy podnoszeniu jakości ich usług i produktów, ale także w określaniu misji, odkrywaniu ukrytego potencjału, odnajdywaniu głębszego sensu bogacenia się, które nie jest celem samym w sobie, tylko jednym z komponentów wartościowego życia. Rozumiem, że praca nad strategią rozwoju firmy wiąże się z szeroko pojętym planowaniem działań, stawianiem celów, określaniem priorytetów. Wiele ma to chyba wspólnego z projektowaniem.

A gdyby tak odnieść określenie widniejące w nazwie Twojej marki do obszaru innego niż biznes, mianowicie do pracy nad wnętrzem? Czy są według Ciebie jakieś uniwersalne STRATEGIE ROZWOJU OSOBISTEGO, które warto zastosować, żeby nie pogubić się w nawale różnych propozycji płynących z rynku trenerskiego, coachingowego etc.? Może potrafiłbyś pokazać to na swoim przykładzie – jakimi STRATEGIAMI ROZWOJU OSOBISTEGO Ty się kierujesz?

Bardzo jestem ciekawa Twojego spojrzenia na tę sprawę.

Pozdrawiam ciepło,
Monika

Witaj Moniko!

Dziękuję za zaproszenie do wywiadu. Rzeczywiście moja działalność skierowana jest do przedsiębiorców – i w ogóle osób przedsiębiorczych. One nawet niekoniecznie muszą posiadać swoją własną firmę. Przykładowo, intraprzedsiębiorca to taka odmiana pracownika etatowego, który bierze na siebie odpowiedzialność, jest proaktywny i wprowadza udoskonalenia w organizacji. Każdy dobry menedżer czy lider wewnątrz organizacji jest intraprzedsiębiorcą.

Chcę zaznaczyć, że nie uczę o bogaceniu się i zarabianiu pieniędzy, co jest niebezpiecznie popularnym dziś nurtem. Mówię raczej o tym, żeby jak najwięcej z siebie dawać, służyć, pomagać, prowadzić. Efektem ubocznym tego faktycznie jest wzrost zarobków, jednak nie celem. Dla mnie zarobki nie służą do ich odkładania i bogacenia się, lecz raczej do jeszcze większego inwestowania w jeszcze większe dzieła, aby jeszcze bardziej służyć – jeszcze większej liczbie ludzi.

Tak, jak zauważyłaś, praca nad rozwojem firmy ma wiele wspólnego z projektowaniem albo – inaczej mówiąc – programowaniem. Mawiam, że prowadzenie biznesu jest formą „programowania rzeczywistości”. Nigdy nie kręciło mnie programowanie maszyn, czyli komputerów lub robotów. Jednak programowanie rzeczywistości – owszem, pasjonuje mnie. Biznes bowiem tak trzeba poukładać, aby realizował określone funkcje w przestrzeni, którą jest rzeczywistość. Te funkcje możemy nazwać procesami albo algorytmami. Przykładowo: obsługa klienta, promocja, realizacja zamówień – to wszystko są procesy, które trzeba „oprogramować”, aby działały jak należy. Mało który przedsiębiorca patrzy tak na swój biznes i dlatego pogrążają się w chaosie.

Jako ludzie jesteśmy kolejnym systemem naczyń połączonych, składającym się z różnych elementów, które wpływają na siebie nawzajem. Podobnie jak układamy biznes, czy dowolną inną organizację, tak samo musimy układać siebie. W przeciwnym wypadku mówimy o człowieku, że jest „wewnętrznie rozbity” albo „niepoukładany”. Zauważ, jak niesamowicie nasza lingwistyka odzwierciedla prawdę o systemowej naturze człowieka.

Kiedyś więc myślałem, że kluczem do szczęśliwego życia jest rozwój osobisty. Największe kamienie milowe w moim życiu to dzieła 7 nawyków skutecznego działania Stephena Covey’a oraz Jak zdobyć przyjaciół i zjednać sobie ludzi Dale’a Carnegiego, które uważam za pozycje absolutnie obowiązkowe dla każdego szanującego się inteligentnego człowieka. Natomiast po drodze – m. in. dzięki Covey’owi – odkryłem, że rozwój osobisty to dopiero przystanek na drodze do pełni szczęścia.

Kolejnym bowiem etapem, najwyższym i mającym najgłębszy wpływ na człowieka, jest rozwój duchowy. Do tego jednak nikogo nie można na siłę przekonywać. Nie da się do tego przekonać, można tylko zachęcić. Zatem jest Twoją, Czytelniku, sprawą, co zrobisz z moją rekomendacją. Jeśli zechcesz, chwycisz za Noc Ciemną św. Jana od Krzyża albo za Ćwiczenia Duchowe św. Ignacego Loyoli… Może wybierzesz O naśladowaniu Chrystusa Tomasza z Kempis lub sięgniesz prosto po Księgę Mądrości do Pisma Świętego? Nie zależy mi, żeby Cię przekonywać, bo kto ma sięgnąć, ten sięgnie – i nie moja to sprawa. Ja zachęcam.

Paradoksy bogacenia się

Drogi Piotrze!

Dziękuję za wnikliwą odpowiedź i dopowiedzenie kilku ważnych rzeczy o sobie i swojej działalności.

Napisałam o tym „bogaceniu się”, bo „stałe zwiększanie dochodu”, to jeden z pierwszych komunikatów, który płynie z Twojej strony internetowej. Choć to prawda, że jest tam też mowa o „życiu w zgodzie ze swoimi wartościami”, co rzeczywiście odsyła do pojmowania BOGACTWA W SENSIE NIEMATERIALNYM. Każdy z nas ma TALENTY, nasze pomysły są CENNE, nasze spojrzenie na świat LICZY SIĘ i pieniądze, które mamy, są tylko bliższą lub dalszą pochodną tej WARTOŚCI, jaką sobą i swoim życiem reprezentujemy (rzeczywiście nasz język jest pełen metafor, które pokazują nam subtelne niuanse dotyczące świata wokół nas).

Nawiązując natomiast do głównego tematu, który poruszyłeś w swoim liście, a mianowicie do rozwoju duchowego, zastanawiam się, Piotrze, czy da się w ogóle mówić o rozwoju osobistym bez uwzględnienia duchowości. Jeśli założymy, że rozwój osobisty, to – mówiąc innymi słowy – rozwój danej osoby i jeśli przyjmiemy do wiadomości, to o czym pisał też wspomniany Covey, że każdy człowiek składa się z czterech sfer: cielesnej, intelektualnej, emocjonalnej i duchowej właśnie, to naturalną konsekwencją takiego rozumowania, będzie też potrzeba rozwoju w obszarze duchowym, (bez względu na to, w obrębie jakiej religii czy wyznania ten rozwój będzie się dokonywał). Ja bym więc ten rozwój duchowy traktowała jako jeden z bardzo ważnych obszarów rozwoju osobistego. Z Twojej wypowiedzi wnioskuję, że Ty pojmujesz i doświadczasz tej kwestii nieco inaczej – duchowość jako kolejny (szczytowy może) etap w rozwijaniu siebie.

Zastanawiam się, czy mogę zadać Ci bardziej osobiste pytanie. Czy takie spojrzenie na kwestię rozwoju osobistego wynika z Twojej życiowej ścieżki – tzn. czy u Ciebie ten czas odkrycia duchowości nastąpił rzeczywiście w późniejszym etapie życia, czy może przewijał się wcześniej, tylko w sposób mniej pogłębiony? Twoje świadectwo wydaje mi się tutaj jak najbardziej mile widziane, bo zawsze najlepiej przemawia do nas prawdziwe, żywe doświadczenie, a nie jedynie teoretyczne wnioski.

Pozdrawiam ciepło, dziękując już na tym etapie za bardzo interesującą dysputę :).

Moniko!

Przede wszystkim chodzi o stałe zwiększanie dochodu firmy, a to co innego niż stałe zwiększanie dochodu osobistego. Firma to nie jestem ja. Firma ma odrębną osobowość prawną. Firma jest dobrem wspólnym moim, naszych pracowników i rodzin.

Przy okazji stałe zwiększanie dochodu to też swego rodzaju haczyk. Faktycznie – to, czego uczę, pomaga diametralnie zwiększać dochód firmy, a w rezultacie można też samemu więcej zarobić. Jednak jest w tym pewien paradoks. Mianowicie, w pewnym sensie do zwiększenia dochodu prowadzi zmniejszanie go… Jak to możliwe?

Większość przedsiębiorców traktuje swój biznes jako dojną krowę. Większość pracowników robi to samo ze swoją pracą etatową. Mało kto traktuje pracę jako służbę. A to o 180 stopni zmienia perspektywę. Jeśli traktuję biznes jako formę przywództwa i służby społeczeństwu, moim celem jest w pierwszym rzędzie:

  • robić jak najlepiej dopasowany do klientów produkt (usługa to też produkt), co wymaga inwestycji,
  • realizować jak najlepszą obsługę klienta, co też wymaga inwestycji,
  • docierać do jak największej liczby osób, co wymaga wydatków na reklamę i dystrybucję, czyli inwestycji,
  • budować i dbać o zespół, zarówno emocjonalnie, jak i finansowo, co wymaga inwestycji,
  • dbać, aby partnerzy dobrze zarabiali na współpracy z nami, co też wymaga umiejętności dzielenia się i inwestycji, itd.

Przykłady widać na każdym kroku. Kupując zegarek dostajemy w pakiecie pasek na zmianę, baterię, ładne pudełko, gadżet. Można było na tym przyoszczędzić? Można było. Kupując szkolenie, w pakiecie dostajemy książkę, materiały dodatkowe, certyfikat, konsultację. Można było na tym przyoszczędzić? Oczywiście. Ale te wszystkie dodatki służą przekroczeniu oczekiwań klienta. Wiele firm mniej lub bardziej świadomie już dziś to stosuje. Wcale nie widać w tym maksymalizacji zysku.

W rezultacie celem organizacji nastawionej na rozwój nie powinno być maksymalizowanie dochodu, lecz… minimalizowanie go. W krótkim terminie jak najwięcej zysków powinniśmy reinwestować. Tylko przedsiębiorca z taką mentalnością będzie miał odwagę, by dynamicznie zwiększać zatrudnienie, wynagradzać ludzi, budować zgrany zespół i kulturę organizacyjną.

Paradoks polega na tym, że po paru latach taki przedsiębiorca pewnego dnia budzi się i ma wielomilionową firmę, a ten od „dojnej krowy” i „lifestyle business” nadal jest na poziomie samozatrudnienia – i zarabia tylko na siebie. W rezultacie ten pierwszy… zwiększył dochód w długim terminie, ale zmniejszył go w krótkim. To prosta koncepcja, jednak wymaga skoku mentalnego, na który nie stać dużej części małych przedsiębiorców, dlatego o tym mówię.

Jeśli chodzi o kwestie rozwojowe. Da się mówić o rozwoju osobistym bez duchowości – i wielu o tym mówi. Wiele osób myli rozwój osobisty z duchowością. Jak zauważyłaś, te dziedziny przeplatają się. Niektórzy sądzą, że praktyka medytacji, jako ćwiczenie oddechowe, to już duchowość. Inni myślą, że jak wykonają ćwiczenie przebaczenia albo wdzięczności, oderwane od relacji z Bogiem, to już duchowość. Dla mnie – nie. Choć nie neguję oczywiście przydatności ćwiczenia przebaczania lub wdzięczności, nadal jest to rozwój osobisty. Jednak ostateczne rozstrzygnięcie, co jest rozwojem duchowym, a co osobistym, zostawiam filozofom i teologom. Ja jestem nauczycielem biznesu, a nie rozwoju osobistego czy duchowości, do których to dziedzin tylko nawiązuję.

Kiedyś zupełnie nie zwracałem uwagi na duchowość. Odkryłem ją po 20-stce. Wcześniej na logikę dochodziłem do agnostycyzmu, uznając za prawdopodobne, że świat mógł zostać stworzony, że być może Bóg faktycznie JEST. Stwórca musiał jednak doświadczyć mnie namacalnie i osobiście, abym poczuł i uwierzył całym sobą. Sądzę, że dostałem w życiu taką szansę i dar z pewnego powodu… Otóż czyniłem w życiu zło. Jednak od zawsze głęboko w sercu pragnąłem dobra wszystkich ludzi – i szukałem go. Pragnąłem też z całego serca mądrości – jak Salomon – i jej szukałem. Pragnienie mądrości pochłania mnie do dziś, wręcz zabija mnie, a przy tym daje mi życie. Ponadto: pragnąłem miłości – i jej szukałem.

To musiało się wydarzyć. Bóg jest właśnie tym, co wymieniłem, czego pragnąłem, czego szukałem: ucieleśnieniem dobra, miłości i mądrości. Szukając tych rzeczy, musiałem dojść do Niego. O dobru i o miłości wiemy, jednak rzadziej Bóg kojarzy się z nauką, a raczej naukę przeciwstawia się Bogu. Wiarę kojarzy się z ciemnogrodem. Jest na odwrót. Rozkwit uniwersytetów i szpitali zawdzięczamy światu chrześcijańskiemu i licznym świętym. Z tego też względu średniowieczna Europa była najbardziej rozwiniętym wśród kontynentów o tak ogromnej przewadze cywilizacyjnej, że dokonała ekspansji na resztę świata. Chrześcijaństwo zawsze promowało naukę. Pismo Święte mówi o „duchu mądrości”, którym jest Duch Święty. Ktoś, kto stworzył wszechświat, wie doskonale jak działają prawa fizyki. To On je ustanowił wzruszeniem swych ramion. Jednak one nie są dla Niego najważniejsze. On daje mądrość i głębokie zrozumienie wszechrzeczy na poziomie głębszym, niż nauka. Zachwycanie się prawami fizyki jest jak zachwycanie się dłutem, podczas gdy można zachwycać się rzeźbą i podziwiać rzeźbiarza. Sądzę, że Bóg dał mi się poznać ze względu na te pragnienia: dobra, mądrości i miłości.

Drogi Piotrze,

czytając Twoje słowa o paradoksie minimalizowania zysków w przedsiębiorstwie, przyszły mi na myśl cytaty z Biblii, które mówią o podobnej postawie wobec życia. Chodzi mi tu przede wszystkim o przypowieść o talentach i kończące ją zdanie: „Każdemu bowiem, kto ma, będzie dodane, tak że nadmiar mieć będzie. Temu zaś, kto nie ma, zabiorą nawet to, co ma” (Mt 25, 29). Wydaje mi się też, że ten bardzo radykalny wymóg Jezusa dotyczący zapierania się samego siebie i dźwigania swojego krzyża wpisuje się w tę koncepcję: „Bo kto chce zyskać swoje życie, straci je, a kto straci swoje życie z mego powodu, znajdzie je” (Mt 16, 25).

Muszę przyznać, że takie spojrzenie na biznes jest dla mnie bardzo odświeżające i gratuluję Ci, że udało Ci się tak klarownie to wyartykułować. Dziękuję też, że opowiedziałeś trochę o Twoim doświadczeniu wiary.

Pozwól jednak, że w kolejnym liście odbiegnę nieco od tematyki biznesowej oraz duchowej i pozwolę sobie wkroczyć na teren Twojego życia prywatnego. Ostatnio moja strona internetowa DoM – Dobre Miejsce przechodzi kolejną metamorfozę. Czuję, że krystalizuje się moja wizja i misja zawodowa, w związku z czym postanowiłam skierować swój projekt pracy nad wnętrzem przede wszystkim do mam. Dlatego też chcę Cię dopytać o Twoje doświadczenie ojcostwa i życia rodzinnego:
W jaki sposób starasz się wspierać Twoją żonę w macierzyństwie i jakiego rodzaju wsparcia Ty oczekujesz, żeby być dobrym tatą dla Waszych dzieci?

Zdaję sobie sprawę, że sposób sformułowania tego pytania może się wydać nieco zaskakujący, ale ostatnio dość bliskie jest mi myślenie, że jednym z aspektów małżeństwa jest takie właśnie towarzyszenie sobie w trudzie wychowywania dzieci.

Pozdrawiam wakacyjnie,
Monika

Czy jednomyślność rodziców jest dobra w wychowywaniu dzieci?

Moniko, za punkt honoru przyjęliśmy sobie z żoną, abyśmy byli jednomyślni w naszych postanowieniach i zasadach. Mamy też niepisany podział nie tyle obowiązków, co kompetencji, z których te obowiązki wynikają. Czyli: uznaję, że to moja żona jest ekspertem od dzieci. Ona czyta książki o dzieciach. Ona jest w to zaangażowana całym sercem jako mama z powołania, natomiast moja rola jest nieco inna. W drugą stronę to działa tak, że w naszym domu ja jestem odpowiedzialny za finanse i utrzymanie całej „fabryki”, którą jest gospodarstwo domowe. To nie znaczy, że nie rozmawiamy o dzieciach. Sam proszę często żonę o jej spostrzeżenia i porady. Także czasem moje podejście do dzieci – bardziej zdecydowane – okazuje się inspiracją dla żony. Jesteśmy zatem otwarci nawzajem na swoje rady i spostrzeżenia. Ale uznajemy autorytet drugiej strony w obszarach „dzieci” i „biznes”. Gdy zatem przychodzi do podjęcia decyzji, np. w jaki sposób kładziemy dzieci spać czy na co wydajemy pieniądze, to ostateczny głos ma zwykle jedna osoba. Wyszło nam to naturalnie i w takim podejściu się wzajemnie wspieramy.

Wiem, że nie odpowiedziałem wprost na Twoje pytanie… jakiego wsparcia oczekuję… jak staram się wspierać… Nie potrafię odpowiedzieć na tak postawione pytanie. Nie wiem, jak wspieram żonę. Żadnego specjalnego wsparcia nie oczekuję. Wierzę raczej, że oczekiwanie od drugiego człowieka czegokolwiek prowadzi zawsze do konfliktów, bo rzadko kiedy nasze oczekiwania są spełniane w stu procentach. Drogą miłości jest raczej wyzbywanie się oczekiwań. Akceptacja małżonka takim, jakim on lub ona jest – wraz z tym, co robi i czego nie robi, bo trudno zmienić drugiego człowieka. Tylko sam człowiek jest w stanie się zmienić, my tego nie możemy dokonać naszymi oczekiwaniami. Drugim krokiem jest „dawać z siebie jak najwięcej”. Gdy mi się nie chce, aktem miłości jest ofiarowanie się – pomimo że mi się nie chce. Ta miłość powraca w postaci spełnienia tych oczekiwań, których się wcześniej wyzbyliśmy. Gdy odpuszczam sobie oczekiwanie od żony, by coś robiła, jakiś czas później ona zaczyna to robić sama z siebie – bo już nie czuje się przymuszona. Ja czynię podobnie. Dzieje się to zupełnie naturalnie.

Pozdrawiam,
Piotr Michalak

Piotrze,
rzeczywiście określenie „oczekiwania” nie jest chyba w tym kontekście zbyt fortunne. Może lepsze byłoby słowo „potrzeby”. Tylko że ono już nie odnosi się do tego, czego chcemy od innych (np. od współmałżonka), a raczej do tego, co jest dla nas ważne i za zaspokojenie czego sami jesteśmy odpowiedzialni (choć wiadomo, że inni mogą nam w tym pomagać). Cieszę się więc, że w pewnym sensie postawiłeś odpór, odpowiadając na moje pytanie, a jednocześnie podzieliłeś się tym, jak sprawa rodzicielstwa wygląda w Waszym domu i w Waszym małżeństwie.

Tylko jedno słowo w tym, co napisałeś wzbudziło moje wątpliwości, mimo że chyba dobrze rozumiem Twoje intencje. Chodzi mi o „jednomyślność”. Moje doświadczenie życia w rodzinie pokazuje, że o tę upragnioną jednomyślność rodziców wcale nie jest tak łatwo, bo czy dwie osoby są w stanie rzeczywiście myśleć jednakowo? Rozumiem, że chodzi Ci tutaj o wspólne wartości wyznawane z żoną czy wypracowanie pewnej strategii podejmowania decyzji w ważnych sprawach, kiedy wiadomo, kto jest ostatecznie uprawniony, żeby tę decyzję podjąć, nawet przy różnicy zdań poszczególnych członków rodziny. Skoryguj, jeśli się mylę.

Osobiście zamiast dążenia za wszelką cenę do jednomyślności, wolę założyć, że nawet jeśli jej między mną a moim mężem w kwestiach wychowawczych nie będzie, to uszanujemy się w tym nawzajem i w sytuacji odmiennego zdania, będziemy zdolni pokazać dzieciom, że konflikt miedzy dwoma kochającymi się osobami nie jest niczym złym. Chciałabym przez to nauczyć dzieci, jak sensownie rozmawiać, szanować zdanie drugiej osoby, nie rezygnując jednocześnie ze swojego, dążyć do rozwiązania sporu w oparciu o zasadę wygrana-wygrana. Oczywiście o tym bardzo łatwo się pisze i pięknie to brzmi, a trudniej wypracować to w praktyce (zwłaszcza jeśli konflikt dotyczy tak delikatnego i kluczowego tematu, jak dzieci), ale i tak wydaje mi się to dobrym kierunkiem.

Mam wrażenie, Piotrze, że dotarliśmy w tej korespondencji do bardzo ważnego punktu i przyznam, że szkoda mi ten dialog przerywać. Ramy projektu to jednak czterokrotna wymiana listów, więc zapraszam Cię do tego, byś w ostatnim z nich dodał coś w razie potrzeby w wątku rodzicielstwa oraz podzielił się swoimi wrażeniami z udziału w projekcie Krzepiąca Korespondencja. Przypuszczam, że na co dzień piszesz i wysyłasz wiele maili, które mają inny charakter, jak te nasze. Jak to przeżyłeś? Czy to doświadczenie wniosło coś dobrego w Twoje życie?

Dziękuję Ci za wytrwałość i zaangażowanie,
Monika

Relacja małżonków to podstawa

Witaj Moniko,

Gy mówię o jednomyślności, chodzi mi o to: jeśli oboje z żoną wyznajemy te same wartości, to nasza sprzeczka rzadko kiedy trwa dłużej niż kilka godzin. Wartości nakazują nam dążyć do zgody i przebaczenia.

Oczywiście zgadzam się, że konflikt może wystąpić. Trzeba pokazać, jak się go rozwiązuje. Wartości dają wspólny kierunek. Strategie dojścia do celu mogą być różne. Tu możemy się nie zgadzać. Wówczas dyskutujemy.

Warto zaznaczyć, że każdy ma jakieś wartości. Nie jest to domena chrześcijan. Osoba niewierząca też ma wartości – tylko inne. Różni chrześcijanie mogą mieć różne wartości, podobnie niewierzący. To, czego sobie nie wyobrażam, to spójnej ścieżki wychowania dzieci w przypadku, gdybyśmy mieli z żoną różne cele i wartości. To by była tragedia. Bo przekonań dorosłego człowieka z zewnątrz nie da się zmienić. Nawet my sami nie jesteśmy w stanie zmienić swoich przekonań wewnątrz siebie. To proces łamania kości. Nie jesteś w stanie pójść sobie na podwórko i świadomie młotkiem złamać sobie piszczel. Jedynie Bóg dopuszcza, abyśmy doświadczali różnych historii i zdarzeń, które w rezultacie weryfikują nasze przekonania.

Dlatego też tak zachwyciłem się swoją żoną, gdy ją poznałem. Podkreślam, że oboje byliśmy wtedy niewierzący! A jednak oboje dążyliśmy do tego, co uznawaliśmy za dobre w sercu. Zobaczyłem to dobro w niej. Ona nikogo nie udawała. Nie grała ze mną w gierki. Nie byłem w stanie wcześniej znaleźć takiej dziewczyny. Pozbawionej maski.

Wartości prowadzą nas w tym samym kierunku, jeśli chodzi o wychowanie dzieci. Wartości dają nam wskazówki jak powinna wyglądać nasza relacja. Wartości ustawiają też nasze małżeństwo jako ważniejsze, niż dzieci: bo gdy rodzice się kochają, dzieci są szczęśliwe. Gdy jest zła relacja między rodzicami, dzieci – choćby miały rodziców na własność – nie będą szczęśliwe. Nie możemy więc z powodu dzieci zaniedbać relacji między nami. Dzieci kiedyś wyjdą z domu. Małżonek zostanie do końca życia.

Dzieci mają tendencję do wchodzenia między małżonków, rozdzielania ich, chcą mieć rodzica – w młodym wieku szczególnie mamę – na własność, jak niewolnika. Chcą stuprocentowej uwagi. Moją rolą jest nie pozwolić na to, aby dziecko nadużywało dobroci mamy, albo mówiąc wprost: używało mamy. Moją rolą jest ustanawianie i egzekwowanie standardów. Wbrew temu, co się teraz niektórym osobom wydaje, reguły dają naszym dzieciom poczucie bezpieczeństwa, dzięki czemu nasze pociechy wiedzą, na czym stoją. Nie ma nic gorszego niż rodzic, którego zdanie zmienia się jak chorągiewka. Wówczas dziecko nie wie, czego się spodziewać. Zauważ, że dokładnie te same zasady dotyczą pracowników. Również słowa o tym, że mamy tendencje do używania się nawzajem: pracownik chce użyć pracodawcy, a pracodawca pracownika. Tymczasem powinny panować zdrowe relacje oparte na ustanowionych zasadach i granicach. Bo pewnych rzeczy się po prostu nie robi.

Wracając do małżeństwa. Przede wszystkim to my z małżonkiem mamy mieć ze sobą relację, a dzieci są wokół nas, nie pomiędzy nami. Dzieci nie mogą wejść pomiędzy nas, są obok nas. Nie mogą wchodzić na nas, mogą stać przy nas. Nie mogą być przed nami, powinny podążać za nami.

Dzieci odnajdują przykład w tym, jak traktujemy się z żoną. W zdrowych priorytetach najpierw jest małżonek, na drugim miejscu dzieci. Paradoksalnie, dzieci dzięki temu zyskają więcej.

To jest przykład zastosowania wartości, gdzie jesteśmy z żoną zgodni. Z tymi przykładami czytelnik może się ze mną nie zgadzać – jednak to nie ma znaczenia, bo czytelnik nie jest moim małżonkiem. Ważne, abyśmy się zgadzali z żoną, jakiekolwiek wartości wyznajemy. Inni nie muszą się z nami zgadzać.

Przewiń do góry