Najważniejsze mam w domu – korespondencja z Małgorzatą Musiał

Małgorzata Musiał

Po raz pierwszy trafiłam na Małgosię, czytając jeden z jej artykułów w serwisie Dzieci są Ważne. Pamiętam, że dotyczył jej matczynej zgody na swoją bezradność, która jest lepsza od zastraszania, karania i używania siły w kontakcie z dziećmi. To, co teraz napisałam brzmi bardzo ogólnikowo i „płasko”. Wspomniany tekst był natomiast bardzo autentyczny i żywy, pełen migawek z życia wziętych. Widać w nim było dystans autorki do samej siebie, a zawarta w nim mądrość była dla mnie tak kojąca i jednocześnie olśniewająca, że nie omieszkałam tamtego wieczoru wchłonąć jeszcze kilka innych felietonów Małgosi, które znalazłam na jej blogu Dobra relacja. Kiedy odkryłam po niedługim czasie, że publikuje ona także od czasu do czasu artykuły na portalu Bliska Wiara, zyskałam pewność, że łączą nas podobne głębsze wartości. Obie poruszamy się w paradygmacie chrześcijańskim. Ale nawet gdyby tak nie było – nawet gdyby jednym punktem wspólnym była nasza troska o udane życie rodzinne – to i tak zostałabym jej gorliwą czytelniczką. Uwielbiam jej styl, pogodne i oparte na bliskości podejście do dzieci oraz zgodę na bycie sobą. W maju Małgosia wzięła udział w moim projekcie Krzepiąca Korespondencja i oto publikuję owoce naszej listowej wymiany. Życzę radosnej inspiracji!

W jakich warunkach tworzy się dobre relacje

Droga Małgosiu,
rozpoczynając naszą korespondencję, chciałabym nawiązać do nazwy bloga, którego prowadzisz i który czytam zawsze z zapartym tchem. Pamiętam, jak opowiedziałaś, czym według Ciebie jest DOBRA RELACJA w nagraniu opublikowanym z okazji pierwszej rocznicy istnienia Twojej strony internetowej z felietonami o wychowywaniu dzieci (do dziś mile wspominam ten pomysł, żeby Twój syn wcielił się w rolę dziennikarza zadającego pytania).

Otóż wydaje mi się, że to o czym tam mówiłaś, w pewnej mierze daje się streścić w słowach, które przeczytałam ostatnio w książce Heidi Bratton. pt. Macierzyństwo. Zostajesz mamusią i wszystko się zmienia. Wspomniana autorka ujmuje to tak: „Dobra relacja wymaga rozciągniętej w czasie wzajemnej bliskości”. Te słowa są dla niej argumentem na rzecz przekonania, że JAKOŚĆ czasu spędzanego z dziećmi jest oczywiście ważna, ale liczy się także jego ILOŚĆ.

W tym kontekście chciałabym zapytać Ciebie, jak to wygląda w Twoim doświadczeniu macierzyństwa. Ile czasu na co dzień poświęcasz dzieciom i co robisz, aby nadać mu tego waloru dobrej jakości? Krótko mówiąc, pytam o warunki, które według Ciebie są potrzebne, by nasza relacja z dziećmi była rzeczywiście DOBRĄ RELACJĄ? Czy Twoim zdaniem ilość dzielonego z nimi czasu ma tutaj kluczowe znaczenie?

Czekam z ciekawością na odpowiedź i pozdrawiam ciepło u progu nowego miesiąca i nowego tygodnia,
Monika

Hej,
Odpisuję od razu, bo do końca tygodnia mam urwanie głowy i jestem poza domem :). Zatem to ostatnia chwila, by dotrzymać terminu.

Podoba mi się hasło, które zacytowałaś. Idealnie oddaje to, co myślę o odwiecznym sporze: ilość kontra jakość. Nie lubię oddzielania ich od siebie ani przeciwstawiania. Zatem, tak jak pani Bratton, nie wierzę w zastępowanie jakości ilością bądź odwrotnie.

Jestem w takiej sytuacji, że spędzam z dziećmi mnóstwo czasu. W zasadzie większość zarówno ich, jak i mojego. Jestem w domu – w ich poczuciu niemal zawsze. Gdyby nawet jednak tak nie było, jestem pewna, że budowanie dobrej relacji szłoby nam tak samo skutecznie, jak w obecnym kształcie.

Bowiem oprócz czasu drugim filarem tej relacji jest wspomniana bliskość i dostępność.
Nie tylko wtedy, gdy wspólnie się bawimy. Nie tylko wtedy, gdy zakładam sobie, że oto jest mój czas dla dzieci. Również wtedy, gdy się nimi nie zajmuję, gdy gotuję, robię zakupy, sprzątam czy gdy widzę je w tym kieracie codziennych rutynowych czynności (tak, czasem postrzegam je jako kierat). Gdy nie mam ochoty się bawić, tylko pragnę pobyć ze sobą – to też jest sprawdzian naszej dobrej relacji. Jak potrafię im to powiedzieć? Z miłością i życzliwością, czy zniecierpliwieniem, jakby zżymając się na to, że się naprzykrzają? Czy potrafię oderwać się od tego, co robię, i wejść chwilowo w świat któregoś z nich, zachwycić się wchodzeniem po drabinkach, wysłuchać opowieści o ulubionym sportowcu?

Nie zawsze te odpowiedzi są u nas pozytywne. Czasem, a może nawet częściej, niż bym chciała, nie potrafię swoich granic wznosić życzliwie. Nie zawsze mogę, nie zawsze chcę wchodzić w ich świat.

Bywam zmęczona, znużona, przeładowana. Tutaj właśnie ilość przenika się z jakością – ważny jest dla mnie całokształt. Nie chcę być źle zrozumiana, nie macham ręką na te sytuacje z poczuciem „jakoś to będzie, byle ogólnie było dobrze”. Jednak staram się nie dzielić włosa na czworo. Dziś może miałam mniej siły, mniej zapału – ok, muszę się doładować, zrobić coś ze sobą dla siebie, żeby móc dawać więcej. Staram się, aby w ogólnym rozrachunku wychodziło nam wszystkim na plus. Abyśmy lubili być ze sobą – robili to, co nam sprawia radość, co pomaga przełamać rutynę i spojrzeć na siebie na nowo.

Pomaga mi w tym bycie poza domem (w domu zawsze jest tysiąc spraw pilniejszych niż patrzenie na siebie na nowo:)), w podróżach, na wycieczkach – razem z dziećmi oczywiście.
Gubi mnie planowanie tychże, bo dzieci planom się zazwyczaj nie poddają. Pozbywanie się oczekiwań odnośnie tego, jakie sielskie popołudnie dziś spędzimy oczyszcza atmosferę. Bo czasem dla dzieci jest to okazja do wyładowania zebranej od jakiegoś czasu frustracji – chcąc przeżyć sielankę, mogę nieopatrznie tę możliwość im odciąć.

Ważne jest dla mnie, jako mamy trójki dzieci, by wyłapywać choć krótkie chwile sam na sam z każdym z nich. Niekoniecznie wielkie wyjścia w duecie, okraszane licznymi atrakcjami – bo na to nie tak często znajdują się możliwości. Ale te krótkie rozmowy, przytulanie się, wygłupy gdzieś w przelocie, gdy zaplącze nam się niezagospodarowane pięć minut – to lubię bardzo. I wciąż mi tego mało.

Im dłużej piszę, tym więcej chciałabym dodać – zatem skończę na dziś, czekając, który kierunek Ty podłapiesz i gdzie zechcesz popłynąć dalej :).

Ściskam wiosennie!

Równowaga między rodziną i pracą

Małgosiu!
W tym wszystkim, co tak pięknie opisałaś najbardziej ujęła mnie filozofia DOSTĘPNOŚCI. To słowo chyba rzeczywiście najlepiej ujmuje tę zależność ilości i jakości spędzanego z dziećmi czasu, jaki miała na myśli Bratton. Nawet, gdy sprzątam, nawet, gdy gotuję, nawet, gdy chcę mieć chwilę tylko dla siebie, to jak reaguję – życzliwie czy szorstko – robi wielką różnicę. Ale to bardzo trudne!!! Dobrze, że napisałaś też o tym patrzeniu na całokształt. To pomaga oderwać się od zafiksowania na idealistycznej wizji siebie jako matki i reszty członków rodziny.

Pozwól, że teraz odbiję od Twojej odpowiedzi w trochę innym kierunku i zapytam o coś, o czym tam nie napomknęłaś nawet, a co mnie bardzo ciekawi.

Wiem, że piszesz bloga, prowadzisz warsztaty dla rodziców, jesteś doradcą chustowym… Wszystkie te aktywności są oczywiście mocno powiązane z tematem wychowania dzieci, ale to jednak Twoja działalność zawodowa. Chcę Cie zapytać, jak ta sfera życia ma się do rodzicielstwa. Czy traktujesz to jako taki naddatek – możliwość wyjścia z hasłem „dobra relacja” także poza swój własny dom? Czy może miewasz czasem niedosyt i wolałabyś mieć więcej czasu na swój rozwój w sferze zawodowej? A może jest jeszcze inaczej i ujmiesz ten stosunek pomiędzy Twoim macierzyństwem a pracą w inne słowa?

Bardzo mnie to ciekawi, jako że jestem mamą posiadającą też swoje ambicje spełniania się na innym polu niż rodzinna niwa :).
Serdeczności,
Monika

To jest trochę tak, że podchodzę do tego jak do swego rodzaju misji. Naprawdę.

Nie zawsze byłam mamą empatyczną, wrażliwą i rozumiejącą potrzeby. Mam dość wybuchowy temperament, żołnierskie zapędy (ja-tak-mówię-i-tak-ma-być) i bardzo nie lubię, jak coś mi miesza ustalone przeze mnie szyki.

A obie wiemy, jak jest z dziećmi ;).

I kiedy szukając chusty do noszenia, trafiłam na forum bliskościowe, wpadłam jak śliwka w kompot. To nowe podejście dało mi tyle spokoju w relacji z dziećmi, a zarazem tak wywróciło do góry nogami wszystko, co sądziłam do tej pory na temat rodzicielstwa, że poczułam, iż nie mogę tego zatrzymać tylko dla siebie.

Tu nie chodzi o nawracanie kogoś na jedynie słuszną drogę – nie mam takich zapędów. Chodziło mi bardziej o to, by pomóc innym rodzicom odnaleźć ten błogi spokój. Za każdym razem, gdy to się udaje, czuję sens swojej pracy.

Ale właśnie – jak ujmuję stosunek między pracą a rodzicielstwem? Rodzicielstwo jest priorytetem, to było dla mnie zawsze jasne. Jestem z dziećmi w domu, bo bardzo to lubię. A jednocześnie bycie z nimi kosztuje sporo energii, więc szukam miejsc, w których mogę się doładować. I te spotkania z rodzicami – nawet jeśli polegają na rozmawianiu o dzieciach – niesamowicie mnie doładowują.

Ja też bardzo czerpię z tych spotkań dla swojego rodzicielstwa – jestem takim samym rodzicem, jak ci, których spotykam, i potrzebuję wciąż przypominać sobie najważniejsze cele drogi, która wybrałam.

Na razie mam wrażenie, że proporcje, które aktualnie się ustaliły, są akurat. Regularnie prowadzę warsztaty, regularnie piszę – a jednocześnie jestem w domu tak, jak chciałam.

Pozdrawiam ciepło :)!

PS. I wiesz co, jeszcze chcę dopisać ;). Napisałam, że praca doładowuje mnie, abym miała energię do zajmowania się dziećmi – jednak to działa też w drugą stronę. Dom doładowuje mnie, abym miał siłę wracać do pracy. Wracać, ale z dystansem. To jest taki banał, kiedy ubiera się w słowa odkrycie, że to wszystko dokoła – warsztaty, konferencje, nagrody, wyrazy uznania, ale też krytyki – to wszystko jest w zasadzie nieistotne, kiedy wracasz do domu i dzieci zapraszają Cie na występ, który przygotowały. Ja czasem na takich występach ronię jakąś łzę, bo to dotyka pewnej czułej struny w mojej duszy – właśnie takiej ważności, hierarchii celów. To mnie doładowuje i pozwala mi iść w świat ponownie – tym razem z umocnionym przekonaniem, że to wszystko, co mnie tam spotka, jest w zasadzie mało istotne. Najważniejsze mam w domu.

Dać sobie prawo do bycia człowiekiem

Oj, tak bardzo się cieszę, że napisałaś o tym, że nie zawsze byłaś taka empatyczna i wrażliwa na potrzeby dzieci! Wiesz, muszę przyznać, że to mnie chyba w Twoich felietonach doładowuje najbardziej – to przyzwalanie sobie na niedoskonałość, nieidealność, słabość w macierzyństwie. Kiedy o tym czytam, to oddycham z ulgą i nabieram przekonania, że wszytko jest w porządku, że to naturalne, iż ma się gorsze dni w rodzicielstwie i że moje perfekcjonistyczne zapędy nie są tym, czego nam w domu najbardziej potrzeba.

Zauważyłam, że pochłaniając książki na temat Rodzicielstwa Bliskości czy Porozumienia bez Przemocy, często towarzyszy mi takie wahanie: od entuzjazmu i radości, że oto znalazłam wartościowe koncepcje, które mogą mi pomóc w byciu dobrą mamą, do zniechęcenia, paniki i lęku, kiedy tak trudno te niektóre idee jest mi zastosować w praktyce i czasem wydają mi się one utopijne.

Jestem dopiero początkująca i najbardziej przeszkadza mi w praktykowaniu rodzicielstwa opartego na bliskości mój pośpiech, niecierpliwość. Chciałabym, żeby pewne sprawy szły gładko. No, skoro już poznałam zasady „języka żyrafy”, to przecież powinno mi się od razu wszystko w relacji z domownikami ułożyć, wyjaśnić. W praktyce jednak to w cale nie jest takie proste. Bardzo łatwo jest wychwycić mi komunikacyjne błędy u siebie czy innych dorosłych w ich rozmowie z dziećmi, ale przemodelowanie tego jest bardzo trudne – zwłaszcza, jeśli chce się pewne rzeczy załatwić szybko, bez zaglądania także w swoje potrzeby, bez uwagi i troski także dla siebie. Okazuje się, że pęd sprzyja empatycznej komunikacji najmniej. Wiec wydaje mi się, że jeśli jakaś korzyść z rodzicielstwa bliskości będzie, to dotknie ona nie tylko moje dzieci, ale w pierwszym rzędzie także mnie samą bo może się w końcu zatrzymam na stałe i dotknę także swoich domagających się o zaspokojenie potrzeb…

Inna rzecz, której też może doświadczasz, że istnieje takie ryzyko, że chce się na początku wszystkich na około edukować na temat wrażliwości i empatii – zwłaszcza współmałżonka, zwłaszcza babcie i dziadków naszych dzieci i sąsiadkę, którą spotykamy w piaskownicy – a niekoniecznie czyni się to w delikatny i empatyczny sposób. Jest we mnie taka tęsknota za tym, żeby wszyscy wokół mnie tak troskliwie i z uwagą traktowali moje dzieci, bo przecież, jaka by była wtedy sielanka… A tu się okazuje, że skoro mnie – uświadomionej – tak trudno to rodzicielstwo bliskości praktykować, to nie ma się co dziwić, że dla bliskich mi osób także nie jest to łatwe. Tym bardziej, jeśli sami zostaliśmy wychowani w innym modelu i mamy duże deficyty empatii wyniesione z dzieciństwa.

Wiem, że tym, co napisałam, odbiegam od wątku „work-life balance”. To, co na ten temat przeczytałam w Twoim liście, wydaje mi się takie spokojne i czuć w tym Twoje poczucie szczęścia i spełnienia. Dziękuję za to, że opisałaś tak szczegółowo to doświadczenie.

A teraz proszę, byś podzieliła się przemyśleniami odnośnie tego, co napisałam wyżej. Skąd czerpiesz siłę do tego, by w tak pogodny i akceptujący sposób podchodzić do swoich potknięć w obszarze macierzyństwa? Czy udało Ci się w Twojej sytuacji zniwelować pośpiech i napięcie, które utrudniają wzajemne przyglądanie się swoim potrzebom? Czy nie czujesz się czasem w swojej filozofii rodzicielstwa osamotniona i czy nie masz poczucia, że sama nie dasz rady tego wdrożyć, jeśli otoczenie nie będzie temu sprzyjać?

Wiem, że tych pytań jest dużo i że każde dotyczy czegoś innego :). Chyba już wyczuwam niedosyt, jaki będzie mi towarzyszył, gdy niedługo zamkniemy nasz korespondencyjny dialog…

Pozdrawiam i czekam z ciekawością,
M.

Dotknęłaś tego, co jest dla mnie sednem rodzicielstwa. Dawania sobie prawa do bycia człowiekiem.

Ja nie wiem, czy ja to sobie wypracowałam, czy to kwestia charakteru, czy pewnego daru – jednak faktycznie mam dystans do siebie i to mi ogromnie pomaga przetrwać.

Na pewno w dużej mierze pomaga mi wiara i przekonanie, że jest ktoś wyżej, niż ja, kto nadrobi w życiu moich dzieci to, czego ja nie potrafiłam zrobić. Ja myślę, że bez takiej postawy, bez dania sobie prawa do robienia błędów, można oszaleć. Kiedy się zagłębi w rodzicielstwo i uświadomi sobie, jak wiele nieświadomych potknięć każdego dnia nam towarzyszy, a my przecież chcemy tak dobrze, jak najlepiej. Kiedy sobie uświadamiamy, co najlepszego zrobiliśmy kiedyś dawno temu (ja mam mnóstwo takich uświadomionych po czasie błędów!), i teraz naprawdę nie da się tego cofnąć, wymazać – to bywa przytłaczające.

Staram się skupiać na tym, co tu i teraz – nie na tym, co było. To, co minęło, jest już przeszłością, a rozpamiętywanie nie pomaga nikomu. Powoduje jedynie wyrzuty sumienia, jakieś nieracjonalne próby rekompensaty, poczucie winy. Staram się wziąć całkowitą odpowiedzialność za to, co się wydarzyło i iść dalej. Budować relację, którą mam teraz, a nie opłakiwać nieustannie tę, która już była.

Pytasz, czy udało mi się zniwelować pośpiech i napięcie. Ja mam wrażenie, że ja je czasem wręcz generuję. Wychodzimy gdzieś, a ja niemal za każdym razem popędzam dzieciaki. Nie dlatego, że faktycznie jesteśmy spóźnieni, tylko dlatego, że sama mam w sobie jakieś napięcie i ono tak nieelegancko ze mnie wyłazi.

Z drugiej strony, jest mnóstwo obszarów, w których nauczyłam się odpuszczać. Mam po prostu bilion doświadczeń, że to jedyna droga. Nauczyłam się nie reagować w emocjach. Owszem, zdarza mi się czasem, jednak w większości sytuacji, w których emocje są na zdecydowanym wierzchu, po prostu się wycofuję i czekam, aż opadną. Dopiero wtedy działam. A jeśli działać trzeba mimo emocji, dokładam wszelkich starań, aby te działania ograniczyć do minimum i sprowadzić do podstawowych, odartych z emocji czynności.

Kiedy patrzę wstecz, to widzę, że rodzicielstwo pomogło mi dokonać ogromnego kroku w takim moim osobistym rozwoju, przezwyciężaniu słabości – jednocześnie wciąż jestem człowiekiem, i czasem mam wrażenie, że nie wystarczy mi życia, by przezwyciężać te schematy, które jeszcze we mnie siedzą. Wiem, jak chcę robić, ale nie zawsze jeszcze umiem.

Dlatego dawanie sobie prawa do bycia człowiekiem jest dla mnie bardzo ważne. Tak samo, jak dawanie dzieciom prawa do tego, aby były dziećmi, oraz mężowi do tego, aby budował swoją relację z dziećmi tak, jak on to widzi.

Czy czuję się osamotniona w swoim bliskościowym podejściu? Nie zastanawiałam się nad tym. Ja chyba nie mam okazji do konfrontowania się z innymi. Nasi rodzice są bardzo wyrozumiali dla naszych wyborów i nie komentują ich. Nie krytykują, że powinniśmy to, albo nie powinniśmy tamtego. To bardzo ważny dar od nich dla nas i widzę to mocno, gdy prowadzę warsztaty na temat granic – czuję ogromną wdzięczność do naszych rodziców za tą przestrzeń wolności dla naszych wyborów. Bliskie mi osoby myślą o rodzicielstwie podobnie, zatem i tu nie mam z kim się konfrontować – mogę za to szukać wsparcia, i to też jest cenne.

To jest druga ważna dla mnie w rodzicielstwie sprawa. Ja i tylko ja jestem odpowiedzialna za budowanie swojej relacji – oraz tylko i wyłącznie za budowanie swojej relacji. Wiem, że nie tylko ja mam wpływ na swoje dzieci (i całe szczęście!), jednak jako rodzic ten wpływ mam największy. To relacja ze mną (oraz z ich tatą) będzie dla moich dzieci drogowskazem i pewnym szablonem relacji z innymi napotkanymi w życiu ludźmi.

Nie mam czasu zajmować się tym, jak mówią i postępują inni, muszę zająć się przede wszystkim sobą!!! 🙂

Małgosiu!
Dziękuję za wyczerpującą odpowiedź – za podzielenie się tak wieloma cennymi doświadczeniami. Mam wrażenie, że to jest bardzo treściwe i mam takie poczucie spełnienia w związku z naszą korespondencją, bo wydaje mi się, że dotknęłyśmy w ciągu tych kilku tygodniu bardzo wielu kluczowych dla rodzicielstwa kwestii.

To nie przypadek, że właśnie Ciebie zaprosiłam do projektu Krzepiąca Korespondencja w maju – miesiącu, który mnie osobiście bardzo kojarzy się z macierzyństwem, bo dwójkę moich dzieci urodziłam w tym miesiącu, a do tego bardzo lubię twórczo obchodzić Dzień Mamy. Ponieważ jesteśmy właśnie u progu tego święta, to moje ostatnie pytanie jest takie:

Czego życzysz sobie w ten dzień samej sobie jako mamie?

Czekam z ciekawością na Twoją odpowiedź i mam nadzieję, że już sama refleksja na ten temat będzie dla Ciebie miła niespodzianką :).

Kończąc nasz listowy dialog, mam poczucie, że mogłabym tak z Tobą pisać o dobrych relacjach bez końca… Ufam, że pozostaniemy w inspirującym kontakcie i że także dla Ciebie to był owocny proces.

Pozdrawiam ciepło,
Monika

Nie namyślałam się długo nad odpowiedzią, choć trochę zaskoczyła mnie samą.

Chciałabym żyć długo i zdrowo, cieszyć się dziećmi, towarzyszyć im we wchodzeniu w dorosłość, pomagać przy wnukach.

Chciałabym zawsze mieć zapał do pracy nad sobą, do przezwyciężania swoich słabości.
Chciałabym mieć siłę przepraszać i brać całkowitą odpowiedzialność za swoje potknięcia.

Ale przede wszystkim życzę sobie, abym potrafiła kochać samą siebie. Taką, jaką jestem, przyjmować z życzliwością. Zmieniać to, co mogę zmienić, i akceptować to, czego zmienić nie umiem/nie mogę. Patrzeć w przeszłość ze zgodą na to, jaka ona była. Ze zrozumieniem, że zawsze działałam najlepiej, jak potrafiłam. Bez wyrzutów sumienia dbać również o swoje potrzeby i pielęgnować swój prywatny kawałeczek życia, taki tylko dla mnie. Chciałabym zawsze pamiętać, że tylko kiedy będę podchodzić do samej siebie z uważnością i troskliwością, będę w stanie głęboko kochać najbliższych.

Tego też życzę oczywiście Tobie, Moniko :).

I dziękuję za te tygodnie wymiany listów. Czekałam na poniedziałki i bardzo lubiłam rozmyślać o tym, co napisałaś. Bardzo się cieszę, że zaprosiłaś mnie do tego projektu i też mam nadzieję, że nasz kontakt dopiero się zaczyna, nie kończy :).

Przewiń do góry