O docieraniu do rdzenia swojej tożsamości…

z cyklu „LISTY PISANE Z WERANDY”

„Bóg stwarzając nas zaprojektował nas bardzo przemyślanie i genialnie, tylko trzeba znaleźć pewien klucz do odszyfrowania siebie. (…) Potrzeba klucza, którym otworzymy pozamykane w nas Boże predyspozycje i zapisane plany, które dostaliśmy do rozwinięcia i doprowadzenia do niezwykłości„.

(o. Adam Szustak, „Wielka ryba”)

*

Moja Droga, zasiadam, by znów do Ciebie napisać po dłuższej przerwie…

(Jeśli z jakichś względów ominęła Cię ostatnia Pocztówka, którą wysyłałam w maju, to możesz podpatrzyć jej treść tutaj – tam wyjaśniam, dlaczego będę pisać teraz rzadziej, nieregularnie i dlaczego delikatnie zmieniłam nagłówek…)

Z tym pisaniem jest tak, że bardzo za nim tęsknię… Gdy minięło pół roku od czasu, gdy postanowiłam wrzucić na totalny luz, nie siadać do komputera wieczorami i nie mieć już planów, które nie mieszczą się w kalendarzu, odkryłam, że w mojej pracy wokół Domu Dobrego Miejsca zabrakło bardzo istotnego czynnika.

Zaobserwowałam, że moja praca ograniczała się w ostatnich miesiącach do:

– pracy z klientkami (czyli prowadzenie comiesięcznych Sesji Q&A i Kręgów Dzielenia, animowanie dwóch grup na FB, które skupiają uczestniczki Rocznego Programu Rozwojowego, prowadzenie konsulatcji indywidualnych…),

– różnych techniczno-organizacyjnych czynności typu: wystawianie faktur, udostępnianie materiałów na platformie Programu, pisanie maili informujących o nowościach na tej platformie itp.

O ile to pierwsze jest dla mnie bardzo satysfakcjonujące, bo mam kontakt z cudownymi kobietami, którym mogę pomagać, o tyle to drugie jest mało uskrzydlające i wiem, że w przyszłości chętnie to komuś oddeleguję…

Najbardziej jednak w tym wszystkim brakuje mi regularnego tworzenia treści, dzielenia się z szerszym gronem odbiorców swoją wiedzą, doświadczeniem, odkryciami, refleksjami, które są aktualne, świeże i żywe we mnie na ten moment…

Ten bogaty materiał, którym dzielę się z uczestniczkami Rocznego Programu Rozwojowego, to jedno. Tworzyłam te treści w pocie czoła w zeszłym roku. Z radością dostrzegam, że są one wciąż aktualne, ponadczasowe, a do tego oryginalne i pomocne. Naprawdę niewiele bym w nich zmieniła… Brakuje mi jednak bardzo tworzenia nowych treści na bieżąco teraz – dzielenia się tym w Pocztówce albo podczas nagrań LIVE…

Nieraz łapię się na takiej myśli, że coś ważnego odkrywam, że chętnie bym Wam o tym napisała, ale zwyczajnie brakuje mi czasu w mojej aktualnej sytuacji życiowej… Dzieci i dom są bardzo absorbujące – sama wiesz, jak jest… Coraz częściej spisuję sobie w punktach różne hasła, żeby nie zapomnieć, czym ważnym chiałabym się z Wami kiedyś podzielić… Kombinuję, jak tu znaleźć na to czas, żeby to się nie odbyło kosztem relacji rodzinnych i odpoczynku…

Uwiera mnie ta sytuacja, a wiem, że taka czasowa posucha potrwa jeszcze około roku. Póki Filipek nie pójdzie do przeszkola, moje zasoby czasowe raczej się nie zwiększą. Pewnie jeszcze zaczną się kurczyć, bo on kombinuje z kolei, jakby tu już nie spać w ciągu dnia ;)…

Staram się patrzeć na to z nadzieją. Zaglądam w przeszłość i widzę, jak w różnych sytuacjach życowych do tej pory potrafiłam być cierpliwa i wytrwała, jakie to przyniosło piękne i dobre owoce… Wiem też, że mogę zaufać sobie… Że krok w tył, zatrzymanie, spowolnienie nie oznacza u mnie zaniechania… To tylko okresowe fazy wycofania, które podyktowane są świadomą decyzją i aktualną sytuacją życiową.

***

A w tym czasie, kiedy nie piszę, dzieje się tak dużo… … …

Mój wewnętrzny krajobraz bardzo dynamicznie się zmienia… Albo inaczej – ja go teraz z wielką uważnością i intensywnością eksploruję… Odkrywam w nim nowe zakątki… Albo wracam do tych starych, zapomnianych, porzuconych, pominiętych w pogoni za czymś, co jednak nie przyniosło szczęścia, było podyktowane zewnętrzną modą, tym, co podpowiadał świat, który przecież od środka mnie nie zna… Czuję, że wracam teraz w sobie do takich miejsc, które naprawdę są moje i nie chcę ich już porzucić – to w nich chcę się zadomowić… To z nich chcę czerpać, jak ze źródła…

Jednym z takich obszarów jest PISANIE… To stały lejtmotyw mojego życia, który towarzyszył mi w przeróżnych odsłonach, w przeróżnej formie i czuję, że jestem już na tyle świadoma siebie i gotowa, by wziąć w końcu za ten kawałek siebie odpowiedzialność… Zresztą, gdy piszę teraz „kawałek”, to coś się we mnie słusznie oburza, bo do tej pory rzeczywiście traktowałam te moje różne przygody z pisaniem jako kawałki, dodatki…

Tymczasem wygląda na to, że REFLEKSYJNOŚĆ i mocno powiazane z nią PISANIE to moje najgłębsze źródło, sam rdzeń osobowości, aktywność, z której powinno wypływać wszystko inne: i własny rozwój, i praca, i rozkwit relacji z drugim człowiekiem… Oczywiście do tej pory używałam tego wyrywkowo w sposób intuicyjny – Pocztówka jest chyba najlepszym dowodem… Jednak teraz patrzę na to o wiele świadomiej, dojrzalej i czuję, że mam w sobie w końcu dość siły, by już tego PISANIA nie wypuszczać z rąk, by mu zaufać, by rzeczywiście z niego czerpać, by na nim zbudować swój codzienny styl bycia… I nie bać się przy tym, co powiedzą najbliżsi, jak to odbiorą sąsiedzi, czy to zapewni byt materialny mojej rodzinie, czy to nie jest jakaś fanaberia…

W praktyce wygląda to tak, że od miesiąca trwam w regularnym pisaniu dziennika. Jest to dla mnie niezwykle kojący rytuał, a jednocześnie bardzo twórczy, wzmacniajacy, pomagający zrozumieć siebie… Bardzo się bałam tego kroku, zwlekałam z nim, ale po pierwszych dniach poczułam się w tej praktyce tak dobrze, że nie chcę jej już porzucić. To inne obszary życia będą musiały się tu dopasować, a nie na odwrót…

Wygrzebałam też z samego dna szafy pudełko ze starymi wierszami, opowiadaniami, próbkami dramatu nawet… Wszystko tam było pomieszane, ciągle odkładane na później… Niby ważne, ale wciąż spychane na margines poważnego, statecznego życia osoby, która ma jakiś zawód, rodzinę, jakiś zakres naprawdę ważnych obowiązków… Kto by się zajmował poezją, pisaniem, autorefleksyjnymi zapiskami…

Teraz to porządkuję… Czytam na nowo, wspominam, otaczam należną troską… Czuję, że jest mi potrzebne takie zobaczenie tych różnych moich przygód z PISANIEM z lotu ptaka… Chcę zdecydować, co z tego zachowam tylko jako osobistą pamiątkę (należycie jednak przechowywaną), a co mogłoby pójść do świata, by krzepić, inspirować, dawać nadzieję, uwrażliwiać i wzruszać :). Nie mam jeszcze odpowiedzi, jak to zrobię od strony wydawniczej, ale ufam, że odpowiedzi przyjdą z czasem…

Chciałam Ci o tym napisać, żebyś wiedziała, co u mnie jest teraz najbardziej żywe… To tylko pewien skrawek, wycinek… Miałabym ochotę na więcej i może uda Mi się w kolejnej Pocztówce za niedługi czas dalej pociągnąć ten temat… Bardzo bym chciała, bo – tak jak napisałam na początku – bardzo tęsknię…

Niech ta Pocztówka będzie taką wąską smużką światła, która ubogaci Cię choć trochę, zanim przyjdzie czas, że szerzej otworzę Ci drzwi do mojego PISARSKIEGO ŚWIATA… Taką smużką, która też dla mnie będzie pewną ulgą, wytchnieniem, poczuciem, że nie jestem teraz tak całkiem zamknięta w sobie, że to, co się u mnie dzieje, co tworzę, trafia też choć wąskim, ale wciąż życiodajnym  strumieniem do innych. To moja bardzo paląca potrzeba, więc dziękuję Ci, że cierpliwie trwasz po drugiej stronie i odbierasz ode mnie te niteczki światła ;).

*

Otaczam Cię serdecznym uśmiechem i po-zdrawiam

(czyt. życzę zdrowia w każdym możliwym aspekcie…)

Monika

 

PS.

Kiedyś pisałam, że chciałabym, byś otwierając Pocztówkę, miała pewność, że otworzysz coś naprawdę wartościowego – drzwi do takich rozwiązań, dzięki którym Twoje wnętrze będzie ożywać i jaśnieć, coraz bardziej się integrować… Tak, żebyś z samą sobą czuła się jak u siebie, jak w domu…

Dziś pragnę podzielić sie z Tobą kolejnym takim rozwojowym hitem. Jestem świeżo po odsłuchaniu konferencji o. Adama Szustaka pt. „Wielka Ryba”, w której pokazuje on konkretne narzędzie do tego, by dotrzeć do RDZENIA SWOJEJ TOŻSAMOŚCI, do tego, CO NAS WYRÓŻNIA SPOŚRÓD INNYCH, co jest NAJGŁĘBSZYM ZAMYSŁEM BOGA NA NAS, czym tak naprawdę mamy innym służyć, by czuć łączność z Jego wolą i szczęście…

Ja tę swoją REFLEKSYJNOŚĆ I PISARSKIE PRAŹRÓDŁO odkrywałam w dużej mierze intuicyjnie, ale teraz przyszła do mnie jeszcze ta konferencja i bardzo utwierdziła mnie w tym procesie….

Nie obiecuję, że to droga na skróty, bo ćwiczenie, które proponuje ojciec Adam wymaga sporo namysłu i pracy, ale wydaje mi się to bardzo konkretne, klarowne i przede wszystkim skuteczne.

(fot. unsplash)

Przewiń do góry