O mojej krętej drodze do Maryi…

z cyklu „LISTY PISANE Z WERANDY”

„(…) zawsze znajdziemy miejsce w jej sercu przepełnionym zapachem kwaitów”.

(Clarissa Pinkola Estés)

*

Przedziwne doświadczenie…

Szukać kogoś uparcie z sercem przepełnionym tęsknotą…

Przerywać szukanie w zniechęceniu i mówić: „nie ma”…

Na końcu odkryć, że cały czas była tuż obok…

I że ten koniec to dopiero początek, a jednocześnie sam środek wspólnej drogi…

Moja Droga, dziś chcę opowiedzieć Ci trochę o mojej krętej drodze do Maryi…

*

Szukałam Jej, przestawałam szukać, a ona ciągle była obok…

Wychowałam się w katolickiej rodzinie, która co niedzielę chodziła do kościoła w parafii pw. Matki Bożej Nieustającej Pomocy… Rodzice nauczyli mnie pacierza, ale dopiero potem dowiedziałam się, jak mówić do Boga z bardziej żarliwym sercem… Najpierw poprzez śpiew, do którego zachęcili mnie katecheci (długo śpiewałam w scholi)… Potem poprzez modlitwę spontanicznie płynącą z serca, którą łyknęłam najpierw podczas ewangelizacyjnych rekolekcji wielkopostnych w liceum, a potem poprzez kontakt z rówieśnikami z oazy w pobliskiej parafii (jeździłam z nimi na Lednicę, chodziłam na pielgrzymki)… Na studiach sama weszłam na kilka lat do Ruchu Światło-Życie, gdzie przeżyłam gruntowną formację. To było jedno z najbardziej kształtujących mnie doświadczeń w moim życiu…

Miałam szczęście poznać takie oblicze Kościoła, które jest żywe, radosne, głębokie, mądre, myślące i przede wszystkim troszczące się o człowieka. To pomogło mi pozostać w Kościele, mimo że na co dzień miałam też styczność z tym drugim jego obliczem: sztywnym, skostniałym, powierzchownym, bezmyślnym i krytycznie oceniającym człowieka.

O ile budowanie bliskiej relacji z Panem Bogiem i z Jezusem szło mi nawet nieźle, o tyle Maryja była zawsze gdzieś z boku…

(Teraz – gdy to piszę – myślę sobie, że to „z boku” wcale nie było negatywne i w gruncie rzeczy jest do Maryi bardzo podobne ;). Ona jest Mistrzynią Usuwania Się w Cień – woli, by na pierwszym planie był Jej Syn, Jezus. Ona jest Mistrzynią Stania z Boku… Ale nie w sensie obojętności i braku zaangażowania w nasze życie i nasze sprawy… Wręcz przecienie! Jej STANIE Z BOKU oznacza po prostu STANIE Z BOKU, czyli OBOK NAS – nawet wtedy, gdy usilnie Jej szukamy i mamy wrażenie, że Jej wcale nie widać… Albo gdy ze złością, bezradością i rezygnacją przestajemy Jej szukać… ONA CIĄGLE STOI Z BOKU… Tak było w moim przypadku. To, że ja Jej nie widziałam żywej i obecnej, nie przeszkadzało Jej działać w moim życiu… Nie narzucała się… A jednocześnie wiedziała, że wcześniej czy później poznam Jej prawdziwe oblicze…)

Przez długie lata była obecna w moich praktykach religijnych, ale nie potrafiłam postrzegać Jej jako kobiety z krwi i kości żywo zainteresowanej moimi sprawami… Chodziłam do kościoła na różańce, majówki, odmawiałam codziennie „Zdrowaśki…”, znałam przeróżne Jej wizerunki (ten z kościoła w naszej parafii, ten z Kalwarii Zebrzydowskiej, ten z Częstochowy i wiele innych…), ale ciągle była dla mnie martwą personą, wciśniętą w sztywny gorset powierzchownych wyobrażeń…

(Dopiero teraz, gdy już jest mi bliska, uświadamiam sobie, że dużo bardziej kocham  Jej wyobrażenie w postaci pierowtnej ikony z Częstochowy, gdzie jest pokazana jako Czarna Madonna w ciemej naznaczonej drobnymi wzorami szacie, niż te Jej wszystkie złote i srebrne, wyszywane klejnotami sukienki…

I oczywiście szanuję tę ludzką potrzebę przebrania Jej w złoto, korony i przebogate wota. Wiem, że jest to piękny wyraz miłości do Niej Jej czcicieli, a jednocześnie sama wolę Ją w tej pierwotnej postaci i ten Jej mniej ozdobny wizerunek dużo bardziej przemawia do mojego serca… Czuję, że Jej bez tych sukienek też jest wygodniej i naturalniej, a jednocześnie z pokorą pozwala się ludziom w nie włożyć, bo dobrze rozumie potrzebę ich serca… … …)

Przyjaźniłam się więc od dawna z Jezusem, a z Nią nie potrafiłam sie zaprzyjaźnić. Nie wiem… Może na kształ relacji z Nią wpływa to, jaką relację mamy ze swoją ziemską matką? Na pewno wpływa na to wiele czynników… U mnie na pewno kontakt z Nią żywą utrudniało paradoskalnie też to, że była taka na wyciągnięcie ręki od samego początku – poprzez obrazy na ścianach w domu, poprzez parafię pod Jej wezwaniem, poprzez audycje z Radia Maryja, które sączyły się z odbiornika w pokoju babci… Była tak powszechna i tak oczywista, że aż nierzeczywista…

Brakło mi też na pewno kogoś mądrego, kto pokazałby mi Ją jako kobietę z krwi i kości… Staruszki oddające jej cześć w Kościele nie przekonywały mnie do Niej niestety. Widziałam ich pobożność, ich modlitewny rytuał, ale brakło mi chyba kobiety, która opowiedziałaby mi tak naprawdę, jak to jest być z Nią zaprzyjaźnionym i każdego dnia szeptać do Jej Dobrego Matczynego Serca swe tajemnice…

Czytałam na Jej temat różne książki; słuchałam konferecji; rozmawiałam z różnymi ludźmi; słuchałam świadectw; należałam do Róży różańcowej; trafił mi się mąż, który bardzo czuł nabożeństwo do Niej; poprosił mnie o rękę w małym zabytkowym kościółku, gdzie Ją czczono; naszej pierworodnej córce daliśmy na drugie imię Maria – ale wszystko to było dla mnie doświadczenie na poziomie wiedzy, umysłu, bardzo rzadko coś więcej…

Byłam posłuszna nauce Kościoła i Biblii, żeby Ją czcić, ale ciągle była odległa. Traktowałam Ją z dystansem, choć chciałam inaczej… Nie rozumiałam z tego kultu Maryjnego nic… Często złościłam się na niego…

W moim przypadku to chyba właśnie Jezus poprowadził mnie do Niej, a nie Ona do Niego…

(Choć teraz jest to już dwukierunkowe – i nawzajem mnie do siebie prowadzą :)… Albo raczej – ja daję się Im Obojgu prowadzić…)

W każdym razie przyszedł jakiś przełom. To zdecydowanie było działanie łaski nadprzyrodzonej, a nie wynik mojej pracy i mojego wysiłku… Nie był to też jeden wielki grom z jasnego nieba i nagłe objawienie… Raczej kilka wyraźnych i jasnych promieni, które były w stanie poruszyć moje serce i napełnić mnie głębszym zrozumieniem… Zdecydowanie proces… Suma kilku doświadczeń… Nie wiem, czy jestem w stanie ująć to w słowa i przekazać Wam tak, żeby to poruszyło Wasze serca, ale po prostu nazwę rzeczy najprościej jak umiem i pomodlę się dla Was o zrozumienie.

🌹

Pewnego dnia, gdy składałam pranie, przyszło takie nie dające spokoju, a jednocześnie wlewające w serce otuchę, olśnienie, żebym spróbowała patrzeć na Nią i na relację z Nią, jak na moją najlepszą przyjaciółkę… Przypomniałam sobie kilka tych wspaniałych kobiet, z którymi udało mi się zbudować żywą, głęboką, pełną empatii i zrozumienia relację i dotarło do mnie, że Maryja chce być dla mnie taka dobra i wspierająca, jak one – a nawet dużo lepszą, bo już jest święta i nie ograniczają Jej już żadne ludzkie słabości…

Jestem wdzięczna tym moim przyjaciółkom, że w sumie one nieświadome pokazały mi żywe, ludzkie, wspierające oblicze Maryi…

🌹🌹

Potem była wielomiesięczna droga przez mękę, gdy jedna z uczestniczek mojego Rocznego Programu dla Mam zaproponowała, żeby w ramach naszej rozwojowej przygody zawiązać też Krąg Żywego Różańca… Byłam bardzo sceptyczna, choć nie mówiłam jej tego…

Miałam już za sobą dwa falstarty w Różach Różańcowych. Wstyd się przyznać, ale po kilku miesiącach udziału w nich brakowało mi po prostu siły i motywacji, żeby wytrwać w modlitwie… Zaniedbywałam ją i w końcu się wycofywałam, żeby moje miejsce zajął ktoś bardziej sumienny… Czułam więc, że nie mam siły angażować się w coś podobnego po raz kolejny.

Ania obserowała sytuację, swoje natchnienie, a ono nie zgasło i zaczęła zbierać do Róży chętne osoby. Walczyłam z sobą, wahałam się, czy dołaczyć. Z jednej strony czułam, że wypada, bo jestem prowadzącą ten roczny warsztat, z drugiej strony – nie chciałam robić nic na siłę… Ale to pracowało we mnie. Rozmawiałam o tym z kierownikiem duchowym. Ten powiedział, że może nie powinnam na to patrzeć, jak na kolejny obowiązek i obciążenie, tylko jak na łaskę i błogosławieństwo, które może dla mnie z tego płynąć…

Zdecydowałam się w końcu dołaczyć do tej Róży i gdy tylko pozwoliłam Maryi znów wejść w moje życie – spłynęło na mnie mnóstwo różańcowych olśnień, którymi zamierzam podzielić się podczas zbliżającej się SZKOŁY RÓŻAŃCA…

🌹🌹🌹

Kropkna nad „i” była książka mojej ukochanej autorki Clarissy Pincoli Estés – „Oswobodzenie Silnej Kobiety. Nieskalana miłość Matki Uwielbionej do dzikiej duszy”.

Ta książka pokazała mi żywe oblicze Maryi… To, że jest kobietą z krwi i kości… To, że opiekuje się wszystkimi ludźmi, objawia się im w przeróżnej postaci na co dzień i zawsze JEST OBOK… Ta książka – zgodnie z tym, co sugeruje jej tytuł – wyswobodziła dla mnie Maryję z ciasnych wyobrażeń o Jej obecności i działaniu wśród nas, które przykleiły się do mnie w  środowisku, w którym dorastałam. Ta pisarka okazała się tą upragnioną mądrą kobietą, która opowiedziała mi żywą historię o Jej działaniu wśród ludzi. Podzieliła się ze mną swoim osobistym doświadczeniem budowania przyjaźni z Nią i to w końcu przemówiło do mojego serca… Roztopiło zimny, skostniały, sztywny wizerunek Matki Boskiej i pozwoliło zastąpić go ciepłym, żywym, pulsującym miłością i głęboką mądrością obrazem tej Niezwykłej Kobiety…

*

Moja Droga, mam nadzieję, że zabierzesz sobie z tej opowieści coś dla siebie.

Monika

(fot. unsplash)

Przewiń do góry