O tacie, o werandzie, o niebie…

z cyklu „LISTY PISANE Z WERANDY”

„Tam, gdzie spokój jest święty,
No i święci są Pańscy,
Szklanką ciepłej herbaty
Poczęstuje Cię Pan…”

(Robert Kasprzycki w piosence „Niebo do wynajęcia”)

*

Moja Droga, w minionym tygodniu pokazałam na mojej fanpage dwie opowieści, które napisałam jakiś czas temu… Myślę, że listopad to dobry moment na wyjęcie ich z szuflady i podzielenie się nimi z Wami… Mówią o naszym domu, o odchodzeniu mojego taty, o tym, czego mnie ten czas nauczył…

Pomyślałam, że jeśli nie korzystasz z facebooka albo bywasz tam bardzo rzadko, to szkoda, żeby Cię ominęły te bardzo ważne wglądy w mój świat…

Życzę Ci owocnej lektury i dziękuję, że mam dla kogo pisać :)…

*

Nigdy nie zapomnę jego łamiącego się w słuchawce głosu: „No cóż… Jakoś trzeba będzie dożyć do śmierci… Tyle mi Pan Bóg dał przeżyć, że chociaż ten dach na Waszym domu mogłem zobaczyć…”

Mój tata był budowlańcem z zamiłowania – taką typową „złotą rączką”. Znał się na tym fachu bardzo dobrze i nim zarabiał pieniądze. To on wybudował dom, w którym się wychowałam i z całego serca pragnął także mnie i mojemu mężowi pomóc wybudować nasz wymarzony dom.

Wiedział, że ten budynek to ma być coś więcej niż zwykłe ściany, okna i drzwi kryjące życie naszej rodziny. Kiedyś zwierzyłam się mu z naszych planów założenia w nim Rozwojowej Agroturystyki, gdzie odwiedzający nas goście mogliby pokrzepić nie tylko ciało, ale także ducha i serce. Wysłuchał z zaciekawieniem, choć sam słowo „warsztaty” kojarzył raczej ze skrzynką swoich narzędzi.

Sprawa nie była łatwa, bo najpierw my długo nie mogliśmy się zdecydować, gdzie ten dom ma stanąć. Potem wlokły się formalności związane z przekwalifikowaniem działki z rolnej na budowlaną. Wreszcie wszystkie końcowe załatwienia związane z planem i pozwoleniem. Wiadomo, urzędnicy mają czas, a życie ludziom ucieka.

W końcu udało się przez to wszystko przebrnąć i tata mógł przystąpić do dzieła. To on koordynował zakup potrzebnych materiałów i pracę ekip budowlanych. Z zapałem rozgryzał nieścisłości projektu architektonicznego i zajmował się częścią prac.

Kiedy końcem lutego 2017 mówił mi przez ten durny telefon, że zdiagnozowano u niego ostatnie stadium raka kości, dom był w stanie surowym i prawie zamkniętym. I pomyśleć, że pół roku wcześniej zastanawialiśmy się, czy nie poczekać z budową do wiosny.

Wiosną tata już nie żył…

Jego nagła śmierć była dla nas wstrząsem. Pokazała nam, że niczego stąd nie zabierzemy ze sobą Tam – Na Drugą Stronę, ale też że mimo wszystko warto angażować się w życie aż do końca, bo zostaje po nas pamięć i nasze dzieła.

Ten dom to dla mnie namacalny znak miłości ojca, który za życia nie za często mówił „kocham cię”, lecz nie mam wątpliwości, że kochał…

*

Kiedy spadła na mnie wiadomość o tym jego raku, najgorsza była ta boleśnie świdrująca w głowie myśl: „No, ale jak to? Więc nie doczeka dnia, kiedy będziemy się do tego domu wprowadzać? Więc nie zobaczy naszego szczęścia? Więc nie będę mogła popijać z nim na werandzie ciepłej, pachnącej malinami herbaty?

Ta weranda to była nasza fanaberia. Moja i męża – bo tata nie do końca pochwalał ten pomysł. Uważał, że na początku trzeba budować jak najprościej, a potem dopiero bawić się w takie hocki-klocki.

– Lepiej, żeby architektka nie rysowała w projekcie tej werandy. Będzie łatwiej przy odbiorze budynku. A później zawsze możemy ją dostawić – przemawiał przez niego praktycyzm.

Kazałam jednak architektce narysować tę werandę, bo podskórnie czułam, że jak na tym etapie odpuścimy naszą sielską wizję, to będzie tak, jakbyśmy odkładali siebie i swoje marzenia na wieczne nigdy.

– Tata ponarzeka chwilę – mówiłam do męża – ale zbuduje, a potem będzie się cieszył, że mam, gdzie chować się w cieniu w upalne sierpniowe popołudnia. I jeszcze nieraz pochwali to miejsce, popijając tam z nami herbatę.

Co by było, gdybym mu wtedy uległa? Kto by nam tak filary i drewno na tę werandę przygotował? Mówią, że nie ma ludzi niezastąpionych i rzeczywiście do skończenia werandy ktoś inny się znalazł.

Ale w popijaniu na niej z córką ciepłej herbaty nikt już taty nie zastąpi. Zawsze zostanie jakiś brak…

Z werandy jest widok na ogród, pole i olszynowe zarośla, które otulają szum rzeki. Za potokiem – stroma skarpa w górę, znowu pole, a dalej w górze hen hen – jak na ironię – cmentarz…

Więc będę popijać na tej werandzie czasem z melancholią herbatę, kierując moje myśli tam. „Czy chociaż widzisz, że mi się tu dobrze mieszka? Czy Cię to cieszy, że mam takie wspaniałe miejsce do życia? No, przyznaj, że tu na tej werandzie mam jednak fajnie?”

Najboleśniejsze jest to, że nawet, gdy wierzę, iż on z Nieba to dostrzeże i się ucieszy, to ja już tego nie zobaczę. No, nie zobaczę tu na ziemi już nigdy błysku dumy i zadowolenia w jego oku. Nie zobaczę…

Nie wiem, jak można przeżyć śmierć bliskiej osoby bez wiary. Gdyby nie przeświadczenie, że życie jest drogą do Domu Ojca, nie potrafiłabym się chyba jednak tą werandą ucieszyć…

A tak – ufam, że kiedyś stanie się to, o czym śpiewa w swojej piosence Kasprzycki:

„Tam, gdzie spokój jest święty,
No i święci są Pańscy,
Szklanką ciepłej herbaty
Poczęstuje Cię Pan”

O czym będziemy rozmawiać z tatą przy tej niebiańskiej herbacie? Nie wiem. Nie sądze, by Pod Strzechą Najwyższego spór o werandę miał już jakiekolwiek znaczenie…

*

Zostawiam Cię z tym ważnym kawałkiem siebie…

Dziękując za dar Twojej uwagi…

Listopadowe uściski,

Monika

PS.

A tu kilka słów o tym, dlaczego ostatnio wróciłam do publikowania swoich przemyśleń i inspirujących mnie treści na Fanpage Dom Dobre Miejsce.

Kiedy kilka lat temu uczyłam się trochę zasad funkcjonowania social mediów zadałam sobie pytanie: „Jaka miałaby być moja fanpage?” Już wtedy jednym z pierwszych słów, które do mnie przyszło, była REFLEKSYJNOŚĆ… Przez lata jednak kompletnie nie wiedziałam, jak to zrobić…

Idea głębokiej refleksyjności trochę kłóci mi się z radami marketingowców… Nie chciałam tworzyć tu słupa ogłoszeniowego, ale czasmi nie potrafiłam wykorzystać tej przestrzeni w internecie inaczej…

Inna sprawa, że ta moja refleksyjnośc długo była uśpiona… Potrzebowałam czasu, by dać jej dojść do głosu… Potrzebowałam się nią najpierw sama zaopiekować w zaciszu swojego domu i swojego wnętrza… Dopiero teraz czuję, że chciałabym pozwolić jej swobodnie płynąć – także na facebookowej Fanpage…

Zobaczymy co wyjdzie z tego eksperymentu… Po wielu moich nieudanych podejściach do tego miejsca w sieci raczej nie nastawiam sie na fajerwerki ;)… Mimo to pragnienie tworzenia i potrzeba autoekspresji jest silniejsza i – jak widać – przełamała solidną tamę sceptycyzmu…

(Nie)raz myszce smierć ;)… Co tam!!!

Postaram się także tam być jak najbardziej sobą. W końcu sobą… Zamiast przebieranek i zakładania masek lub uwierających mnie form, które podsuwają spece od biznesu online…

Ślę serdecznie uściski w Waszą stronę, ufając, że bez względu na wszystko – będziemy w kontakcie – tak czy siak – na łączu serce serce…
M. 💞

Jeśli korzystasz z Facebooka i chcesz częściej mieć kontakt z moją refleksyjną naturą – zapraszam Cię do polubienia tej strony i wciśnięcia opcji „Obserwowanie” – a potem „Wyświetlaj najpierw”…

Zapraszam Cię do współtworzenia oazy reflesyjności…


(fot. unsplash)

Przewiń do góry