O uwalnianiu sie od tego, co toksyczne…

z cyklu „LISTY PISANE Z WERANDY”

 

 

„Nie mamy wpływu na to, kto powołuje nas na świat. Nie mamy wpływu na to, jak nas wychowano, nie możemy zmusić kultury, żeby w jednej chwili zaczęła nam sprzyjać. Ale jest i dobra wiadomość: nawet okaleczone, udomowione, nawet jeszcze w niewoli możemy odzyskać życie„.

(Clarissa Pinkola Estés)

 

*

Moja Droga, w ostatniej Pocztówce pisałam Ci o tym, co robię, kiedy tak rzadko piszę do Ciebie. Opowiadałam o moim powrocie do pisania dziennika, o porządkowaniu dawnych wierszy, kawałków prozy, nade wszystko zaś – o łapaniu głębszego kontaktu z sobą, z piewotnym kształtem swojej duszy, z tym, co we mnie rdzenne, źródłowe… Jeśli jakoś przeoczyłaś tamten list, to możesz sięgnąć po niego jeszcze tutaj…

Dziś chcę Ci nieco odsłonić drugą stronę tej monety pt. WRACANIE DO SIEBIE…

To mocno wiąże się u mnie z bardzo intensywnym procesem uwalniania się od przekonań i różnych schematów, które zaszczepione zostały mi w domu rodzinnym, a które już mi nie służą… Przedziwny jest ten proces, bo widzę, że paradoksalnie on zdynamizował się właśnie w ciągu ostatniego roku, gdy fizycznie wróciłam pod rodzinną strzechę… Jakoś wewnętrznie przeczuwałam, że emigracja, oddalenie się wiele setek kilometrów od miejsca pochodzenia to jedno, ale ostateczne i tak pewne cięcia, porządki, przemodelowania potrzebują dokonać się przede wszystkim w mojej głowie i w moim sercu… I okazuje się, że naprawdę to uwolnienie może zadziać się właśnie teraz, gdy fizycznie jestem blisko tych przysłowiowych starych śmieci, na które wróciłam…

Dziś chcę podzielić się z Tobą moimi wnioskami na temat wewnętrznego poczucia wolności…

*

Pamiętam, że gdy zeszłej jesieni bardzo mocno dotarło do mnie, że pewne wzorce i schematy z domu rodzinnego kompletnie mi nie służą i gdy całym sercem zapragnęłam się od nich raz na zawsze uwolnić, to długo chodziłam z pytaniem: „KIEDY WRESZCIE się z tego wyswobodzę?”

Zaczęłam intensywną pracę nad sobą w tym obszarze i czasem – w chwilach takiego wewnętrznego wyżu – miewałam nieśmiałe przeczucie, że może TO JUŻ. Innym razem, gdy znów wpadałam w stare koleiny i pułapki – czułam, jakbym znów dotykała ściany, jakbym rozbijała się o moją naiwność, bezsilność, nieporadność i ta upragniona wolność wydawała mi się mglistą wizją, pobożnym życzeniem, oddalającym się ciągle szczytem… „JESZCZE NIE… CHYBA NIGDY TO NIE NASTĄPI..” – dźwięczało mi w głowie…

Gdzieś pomiędzy tymi skrajnymi punktami zadawałam sobie pytania:

  • co dla mnie znaczy ta wolność,
  • jak miałoby wyglądać moje wolne życie,
  • jak dokładnie chciałabym się wtedy czuć,
  • po czym tę wolność poznam…

Tak, jak już wspomniałam, opierając się na moim wcześniejszym doświadczeniu związanym z emigracją, przeczuwałam, że tu przede wszystkim chodzi o odcięcie się od pewnych niszczących wzorców w mojej głowie… Czułam, że to nie jest tylko kwestia zmiany miejsca zamieszkania… I z jednej strony powrót w rodzinne strony cały ten proces wyzwalania się komplikuje i utrudnia, a z drugiej – paradoksalnie – nadaje mu nową dynamikę, w jakiś przedziwny sposób pomaga w tym wewnętrznym oddzielaniu się…

W pewnym momencie, doświadczając takiego wewnętrznego regresu, odkrywając poniewczasie, że nieopatrznie znów wpadłam w stare koleiny, dotarło do mnie coś bardzo bardzo ważnego…

Próbując po raz kolejny się podnieść i wrócić do swojej prawdy – zrozumiałam, że w tym dążeniu do mojego wyzwolenia lepiej skupić się na samym procesie, a nie na upragnionym efekcie końcowym. Ta zmiana perspektywy – odejście od kurczowego skupiania się na celu, a koncentracja bardziej na procesie dochodzenia do niego – już nieraz mnie ratowała w innych życiowych sytuacjach. Teraz olśniło mnie, że można ten sposób myślenia odnieść także do tego procesu wyzwalania się od starych, niesłużących mi już schematów.

Co konkretnie to dla mnie oznacza? Przede wszystkim to, że mogę próbować zdobywać tę wolność każdego dnia na nowo. Mogę skupiać się bardziej na krótszych, ale o ileż bardziej realnych odcinkach czasu typu dzień, tydzień i zastanowić się, jakie działania, jakie zachowania i postawy będą przejawem mojej wolności na co dzień… To sprawia, że mogę czuć tę wolność bardziej namacalnie już teraz, a nie w jakiejś mglistej niedoścignionej przyszłości…

Co więcej – czasami w moim odczuciu mogę być nawet dociążona poczuciem, że wiele starych schematów mnie jeszcze trzyma i więzi, ale mogę oprzeć się na jakichś konkretach z danego dnia czy ostatnich dni i powiedzieć sobie: „OK. Może nie jestem jeszcze w stu procentach wolna, ale jestem w drodze, zbliżam się do tego coraz bardziej… A może wcale to sto procent nie jest potrzebne, żeby wieść szczęśliwe i przyzwoite życie… Może nie ma co i w tym obszarze popadać w dążenie do perfekcjonizmu…”

Dotarło do mnie, że zamiast w napięciu wypatrywać i wyczekiwać tego momentu, kiedy poczuję sie super lekka i wyzwolona, lepiej skupić sie na „tu i teraz”, na tym, że każdego dnia poprzez odmienny sposób myślenia czy prowadzenie swojego dziennika mogę utwierdzać się w obranej drodze wyzwolenia. Czasem mogę być jakąś sytuacją  bardzo dociążona, ale za każdym razem, kiedy decyduje się popracować nad swoimi emocjami, pisząc, czy w inny sposób nazywając rzeczy po imieniu, staję po stronie swojej prawdy i to jest punktowy, ale bardzo ważny przejaw mojej wolności…

Mam też taką obserwację, że czasami trudno o głębokie poczucie wolności, gdy zewnętrzne okoliczności są, jakie są. Trudno, będąc w klatce lub w otoczeniu chcących spętać Cię ludzi, czuć, że się jest ptakiem wolnym do lotu… Grunt to pielęgnować w sobie przekonanie o tym, że niezależnie od warunków zewnętrznych, od tego, co knują inni ludzie, WEWNĘTRZNIE ZAWSZE JESTEM WOLNA – to niezparzeczalny fakt i tylko moje zwątpienie w niego może mnie tej wolności pozbawić… Ważne, żeby nie pozwolić innym ludziom zburzyć tego przekonania, podkopać go we mnie… A nawet, gdy się to stanie – pamiętać o tym, że zawsze mam wybór i mogę wrócić znów na wspierające mnie tory myślenia na ten temat…

Tu otwiera sie przede mną jakiś przedziwny paradoks wolności polegający na tym, że ona jest nam z jednej strony z góry obiektywnie dana, a jednocześnie – jest nam też zadana… Jest naprawdę na wyciągnięcie ręki, a jednocześnie kluczowe jest to, żeby rzeczywiście chcieć po nią sięgnąć…

Kiedy to wszystko powoli zaczęło do mnie docierać, z radością odkryłam w książce Clarissy Pinkoli Estés to zdania, które zacytowałam Ci pod dzisiejszą grafiką…

… Oddycham zwłaszcza tym ostatnim wytłuszczonym w druku fragmentem… Tak mnie ono cieszy… Tyle daje nadziei…

Ufam, że te odkrycia pokrzepią także Ciebie – niezależnie od tego, z jakim rodzajem zniewolenia się zmagasz… Będę Ci bardzo wdzięczna z Twój odzew, Twoje przemyślenia, Twoje cenne obserwacje i refleksje… Zachęcam Cię do odpisania na tę Pocztówkę, jeśli poruszyła ona w Tobie jakąś czułą strunę…

 

*

To tyle głównego wywodu ;), ale zajrzyj jeszcze koniecznie do Postscriptum, w którym mam dla Ciebie małą prośbę…

Monika

 

PS.

Nie wahaj sie też zachęcić bliskie Ci osoby do zapisania się na listę moich wyjątkowych Adresatek, podsyłając im ten link: http://www.domdobremiejsce.pl/pocztowka/ Wierzę, że to właśnie dzięki Wam moje refleksyjne zapiski mogą trafić pod właściwy adres :).

 

 

(fot. unsplash)

Przewiń do góry