Oddech weź…

 
 
Podzielę się czymś bardzo osobistym.
 
Bo już tylko tak chciałabym pisać: z sercao życiudzieląc się własnym doświadczeniem. Bo wiem, że to jest bezcenne.
 
Skończyłam pisać swoją pracę doktorską. Powoli dociera do mnie, że: naprawdę — już nigdy — nie będę — pisać doktoratu.
 
To bardzo uwalniająca myśl. Dokonało się. Nie dodam już żadnej kropki ani przecinka. Nie tylko dlatego, że nie mam na to czasu, ale też dlatego, że już ani nie trzeba, ani nie chcę. Dokonało się.
 
Praca nad tym trwała pięć lat. Może i byłoby krócej, ale nie chciałam zrezygnować z moich domowych i matczynych zajęć. Około rok temu dotarło do mnie, dlaczego tak naprawdę zdecydowałam się na robienie doktoratu i że wcale nie chcę całe życie kroczyć naukową ścieżką w sensie pracy na uczelni itd. Wtedy zrozumiałam, że moją pasją i misją jest pomaganie ludziom w rozwoju osobistym, ale też miałam głębokie przekonanie, że nie mogę mojego doktoratu tak po prostu rzucić. Potrzebowałam to doprowadzić do końca. Między innymi dlatego, żeby pozostać wierną sobie-z-przeszłości, wierną wobec tej Moniki, która pięć lat temu podjęła takie właśnie wyzwanie, kierując się marzeniem na miarę tamtego czasu. Chciałam uszanować pracę, którą już wykonałam i swoje prawo do błądzenia, poszukiwania, rozwijania się na najróżniejsze sposoby… Bo jednocześnie wiem i czuję, że ta doktoratowa przygoda była dla mnie bardzo rozwijająca i dużo mi dał tamten czas.
 
Jesienią częstotliowść publikowania postów na moim blogu spadła. Nie miałam czasu i energii, by zabiegać o nowe grono odbiorców. Musiałam się na chwilę wyłączyć, żeby dokończyć pisanie pracy. Było w tym sporo napięcia i trudu.
 
Trochę wyglądało to tak, jakbym musiała na chwilę zwolnić – bardzo zwolnić – na nowo obranej, dodającej skrzydeł ścieżce. Niełatwo było złożyć te rwące się do lotu skrzydła. Złożyć skrzydła, czyli skupić się jeszcze na moment na czymś innym. Bo o podcinaniu skrzydeł nie mogło już być mowy. Ale byłam spokojna o marzenia. Wiedziałam, że DoM istnieje i już nic mi go nie odbierze. Pewne sprawy będą się jedynie odbywać wolniej. Wiec było to jak poczekalnia…
 
Wyobrażałam sobie wtedy doktorat i bloga jak dwa ważne dla mnie drzewa. Żadnego nie chciałam wyciąć. To pierwsze było starsze, ale i większe, ocalone z trudem, ale miałam wiarę w to, że przyniesie owoce i wyobrażałam sobie, że choć będzie dziwnym gatunkiem drzewa w ogrodzie mego przyszłego życia, to jednak miło będzie czasem odpocząć w jego cieniu i mieć w sercu tę pewność, że ono żyje dzięki mnie – że wytrwałam do końca. A drugie drzewo – to młode, buchające nieświadomą jeszcze wielu spraw zielenią, oczarowujące i nęcące pełną zaangażowania przygodą – jakoś na tym nie ucierpiało bardzo. Teraz już jemu będą mogła poświęcić więcej skrawków mojego wolnego czasu. Piszę „skrawków”, bo macierzyństwo jest teraz główną treścią mojego życia. Ale myślę, że akurat to dla mojego młodego drzewa nie najgorzej.
 
Tyle osobistych wyznań, a teraz zasłuchajcie się ze mną w słowa tej piosenki. Bardzo jej teraz potrzebuję. Poczuć ulgę.
 
 
 
(fot. unsplash)

Przewiń do góry