Rozwój

 

Ta książka była dla mnie odkryciem zeszłego roku. Przeczytałam ją całą dwa razy i wciąż nie mam ochoty się z nią rozstawać. Mam wrażenie, że jej mądrość będzie mnie wspierać jeszcze bardzo długo. Zawarta w niej propozycja pracy nad sobą to projekt rozwoju wewnętrznego na lata. Dlatego na razie nie odłożę tej książki na żadną z półek biblioteki. Będę ją trzymać w sypialni lub salonie. Pod ręką. Tak, żeby móc do niej często zaglądać i przypominać sobie zawarte w niej treści, czytając tym razem wyrywkowe fragmenty.

Zintegrowany rozwój

Autorzy książki, Monika i Marcin Gajdowie, są małżeństwem od dwudziestu dwóch lat, mają czworo dzieci. Oboje pracują jako psychoterapeuci i prowadzą działalność rekolekcyjną. Wspólnie opracowali metodę terapii, którą określają mianem chrześcijańskiej terapii integralnej (ChTI). Wiodącym założeniem tego podejścia jest przekonanie, że w pełni skuteczna terapia uwzględnia duchowość człowieka i działanie łaski nadprzyrodzonej. Omawiana książka jest próbą przekazania podstaw tak rozumianej terapii, w której rozwój traktowany jest jako jeden proces obejmujący całego człowieka: jego ciało, psychikę oraz sferę duchową. We wstępie autorzy wyjaśniają słowami pełnymi zachęty:

Zostaliśmy stworzeni i nieustannie stajemy się. I mamy wpływ na to, kim się stajemy! Jeśli zechcecie wykorzystać tę książkę do osobistego stawania się, spełni ona swoje zadanie. Zapraszamy Was do wspólnej podróży w głąb człowieka… 

Paradoks współpracy

Zaletą książki – poza oryginalnością i trafnością prezentowanych treści – jest jej klarowna kompozycja i prosty język. Omawianie każdego zagadnienia wsparte jest licznymi przykładami z praktyki terapeutycznej obojga autorów. Historie te – zmodyfikowane oczywiście po to, by zapewnić pacjentom anonimowość – wyszczególnione zostały odrębną czcionką i akapitem. Cały wywód przeplatany jest dodatkowo ramkami zawierającymi najważniejsze tezy ChTI. W nich też wyjaśnione zostało znaczenie podstawowych terminów, którymi posługują się Gajdowie.

Do takich należy przede wszystkim para komplementarnych pojęć: „ja fałszywe” i „ja prawdziwe”.

JA FAŁSZYWE to fałszywa tożsamość człowieka, uniemożliwiająca mu wchodzenie w owocną relację z sobą samym, bliźnimi i Bogiem. Tworzą ją mechanizmy obronne nabyte w dzieciństwie.

JA PRAWDZIWE  to prawdziwa tożsamość osoby, umożliwiająca miłość do samego siebie, bliźnich i Boga.

Gajdowie rozumieją świadomy rozwój człowieka jako proces stopniowego rozkruszania niekorzystnych mechanizmów obronnych i przechodzenie od życia opartego na JA FAŁSZYWYM do życia w swoim JA PRAWDZIWYM, które jest życiem w prawdzie, w pełnej wolności, w kontakcie z własną wartością i rzeczywistością. W procesie tym kluczowe znaczenie ma tytułowa łaska, czyli nadprzyrodzone udzielanie się Boga człowiekowi.

Okazuje się – piszą autorzy – że rozpad JA FAŁSZYWEGO otwiera nas na przyjęcie łaski. Gdy podróbka życia rozpadnie się, nic już nie stoi na drodze do przebóstwienia. Byśmy jednak mogli tego doświadczyć, JA FAŁSZYWE musi ulec całkowitemu unicestwieniu. Dopiero JA PRAWDZIWE stwarza przestrzeń dla łaski.

I chociaż w innym miejscu czytamy, że łaska stoi u początku ludzkiego rozwoju (Nie prosilibyśmy o łaskę, gdyby ona wcześniej nie uzdolniła nas do tego), nie jest to chyba sprzeczność. Wbrew pozorom bowiem to nawet nie „rozwój”, ani nie „łaska” jest kluczowym pojęciem tej książki, a – zawarte również w podtytule – „współpracowanie” z łaską.

Monika i Marcin pokazują pewien paradoks dotyczący ludzkiego życia. Z jednej strony człowiek sam z siebie nic nie potrafi uczynić – do wszystkiego uzdalnia go Bóg. Z drugiej – nie można całe życie stać z założonymi rękami i czekać aż coś w życiu wewnętrznym i zewnętrznym zmieni się bez włożenia pewnego wysiłku.

Kolejne rozdziały omawianej książki to konkretna propozycja sposobów współpracy z łaską, czyli rozwijania siebie, które obejmuje:

  • wgląd, a więc poznawanie siebie,
  • pracę z własnymi myślami,
  • bierne i aktywne rozbijanie struktury JA FAŁSZYWEGO,
  • praktykowanie miłości siebie oraz innych ludzi,
  • życie wewnętrzne, a więc modlitwę.

Odkrycia

Dla mnie lektura tej pozycji była ważna nie tylko ze względu na jasno zarysowany projekt rozwoju uwzględniającego cielesność, emocjonalność oraz duchowość. Książka odkryła przede mną wiele prawd, których nie uświadamiałam sobie wcześniej albo tylko mgliście je przeczuwałam. Gajdowie wyrazili je w sposób bardzo prosty i przekonujący. To właśnie tymi odkryciami chciałabym się tutaj podzielić, bo wydają mi się bardzo cenne.

Celem rozwoju jest miłość. Nie podnoszenie swoich zdolności komunikacyjnych. Nie doskonalenie się w asertywności i umiejętności stawiania granic czy konstruktywnego wyrażania emocji. Nawet nie opanowywanie swoich zachowań kompulsywnych. Jeśli tym wszystkim osiągnięciom nie będzie towarzyszyła miłość, nie przyczynią się one do rozwoju.

W pracy nad sobą nie chodzi o naszą perfekcję, lecz o miłość. Podejmujemy ją, aby lepiej i bardziej miłować, a nie po to, aby wyeliminować nasze niedoskonałości.

Bóg przychodzi do mnie przeze mnie. Jeśli nie pokochamy siebie, nie będziemy mogli kochać Boga i bliźnich.

Dopóki nie przyjmiesz samego siebie, odrzucasz także Mesjasza. Wszystkie drogi prowadzą do wewnątrz! Początkiem życia wewnętrznego jest relacja z JA PRAWDZIWYM w nas, kontakt i więź z samym sobą.

Miłość samego siebie oznacza pełne czułości i troski pochylenie się nad dzieckiem w nas, a więc tym, co w nas słabe, kruche i bezradne.

Tylko my sami możemy we właściwy sposób zaopiekować się sobą. To zadziwiające, jak wielu potrafi precyzyjnie wymienić krzywdy, jakich doznali w dzieciństwie, nie zauważając, że obecnie sami stają w szeregu oprawców wobec dziecka, które w sobie noszą.

Poczucie własnej wartości nie może być niskie albo wysokie. To coś „zero-jedynkowego” – albo ma się kontakt z własną wartością (JA PRAWDZIWE), albo się go nie ma wcale (JA FAŁSZYWE).

Człowiek nie powinien się utożsamiać ze swoimi emocjami.

Trzeba zrozumieć, że „JA” nie jest uczuciem. „JA” może poczuć „to” lub „tamto”, ale to, co czuje, nie definiuje go. „Człowiek może czuć różne rzeczy, ale to się nie liczy, chodzi o postawę woli” – powie Karol Wojtyła (…). W procesie rozwoju mamy do czynienia ze stopniowym oddzielaniem się „JA” od uczuć. To „oddzielenie” nie polega na tłumieniu uczuć, ale na specyficznej postawie wewnętrznej, która pozwala zaobserwować uczucie i zaobserwować, co ono mówi na temat mojego wnętrza (a nie tego, co się dzieje na zewnątrz mnie).

Emocjonalność komunikuje nas nie tylko ze światem zewnętrznym, ale przede wszystkim z naszym wnętrzem. Gajdowie posługują się obrazową metaforą echosondy, tłumacząc działanie ludzkiej psychiki.

Człowiek ma zranione serce, gdzieś głęboko nosi w sobie pęknięcie grożące katastrofą. Nie można tego odkryć inaczej, niż odczytując fale, które wysyła to pęknięcie, rezonując z okolicznościami zewnętrznymi. Te fale to właśnie uczucia. Dzięki nim dostajemy informacje z wnętrza, niedostępne w inny sposób. Uczucia nie mówią nam o tym, co mamy robić, ale informują o tym, co się w nas dzieje (a nie w święcie zewnętrznym, jak to często jest mylone – niektórzy przeżywając gniew, są przekonani, że to inni się na nich gniewają).

Uczuć nie powinnoś się próbować modyfikować, natomiast warto pracować z naszymi myślami.

Trzeba koniecznie wybrać, co chcemy myśleć, a nie zgadzać się na to, by nam się „samo” myślało. JA FAŁSZYWE podsuwa nam bowiem bardzo często wiele negatywnych i szkodliwy myśli na temat siebie, otaczającej rzeczywistości i innych ludzi.

Istnieje zasadnicza różnica pomiędzy „myśleniem pozytywnym” a myśleniem prawdziwym. Nie chodzi o to, żeby pracując z myślami, powtarzać sobie w kółko wiele pozytywnych stwierdzeń typu: „Jestem silny”, „Uda mi się”, „Osiągnę sukces” itp. Na dłuższą metę taka autoafirmacja może być nawet szkodliwa. Ważne, by nasze myślenie było oparte na prawdzie. Zamiast stwierdzenia „Poradzę sobie”, lepiej myśleć na przykład tak:

„Chcę sobie poradzić i zrobię wszystko, żeby mi się powiodło! Mam nadzieję, że mi się uda, ale jeśli sobie nie poradzę, to nie będzie koniec świata. Moja wartość od tego nie zależy. Jeśli będzie można, spróbuje jeszcze raz”.

Alternatywą dla niezdrowego perfekcjonizmu jest miłosierdzie.

Perfekcjonizm karmi się brakiem akceptacji samego siebie i lękiem, miłosierdzie wynika z miłości i zaufania. Perfekcjonizm niesie napięcie, rywalizację i przemoc. Miłosierdzie rodzi łagodność, współpracę i pokój. Perfekcjonizm sprowadza rozłam i rozczarowanie. Miłosierdzie niesie komunię i zrozumienie.

Duchowość przekracza religijność. Życie nadprzyrodzone, wewnętrzne doświadczenie Boga przerasta wszelkie formy kultu zewnętrznego objawiającego się w religijnych rytuałach.

Bóg przekracza wszystkie ludzkie tradycje religijne, nie dając się zamknąć do jednego wyznania. Bóg nie jest życiem ani muzułmaninem, nie jest także katolikiem, w co niektórym jest dość trudno uwierzyć.

*

Co z zacytowanych tu słów poruszyło Cie najbardziej? Znasz już tę książkę? A może zachęciłam Cię do przeczytania? Podziel się w komentarzu.

(fot. unsplash)

Przewiń do góry