W głębi kontinuum

Szok, depresja i rozdźwięk

Moje dwie znajome, które poleciły mi (niezależnie od siebie) tę książkę, ostrzegały przed dużym wstrząsem, jaki może ona wywołać. Obie chyba nawet mówiły o chwilowym stanie depresyjnym, który im towarzyszył po lekturze i o poczuciu winy, które miały jako matki wobec swoich małych dzieci. Jednak ostatecznie ich werdykt brzmiał: „To trzeba przeczytać”.

Dzięki tym spostrzeżeniom udało mi się chyba zachować do tej pozycji pewien dystans, który uchronił mnie przed spadkiem nastroju, ale książka rzeczywiście pozwoliła mi odkryć, ile rzeczy jako mama zrobiłam nie tak. Wielokrotnie po lekturze byłam rozdarta, widząc rozdźwięk pomiędzy nowo poznaną koncepcją kontinuum a realiami mojej relacji z córką.

Nie chodzi jednak o to, żeby teraz straszyć albo wpaść w wir samooskarżeń, lecz aby pewne mechanizmy zauważyć, zrozumieć i podjąć ewentualną decyzję o zmianie myślenia, próbując przemodelować zachowania, które nie służą ani dziecku, ani rodzicom.

Zaufać dziecku i jego potrzebom

Autorka książki, żyjąc wśród Indian z plemienia Yequana, zaobserwowała, jak wielki wpływ na ludzkie życie ma sposób, w jaki rodzice opiekują się dzieckiem i wychowują je. Jean Liedloff namawia między innymi, by:

  • przez pierwsze 6-8 miesięcy nosić niemowlę jak najczęściej przy sobie (np. w chuście) i jednocześnie jak najrzadziej używać wózka,
  • spać razem z dzieckiem,
  • już od pierwszych chwil życia pozwalać dziecku samemu decydować, kiedy chce jeść czy spać, czym chce się bawić oraz kiedy chce się oddalić i z powrotem wrócić do rodziców,
  • uwierzyć w instynkt samozachowawczy małego człowieka, nie chroniąc go nadmiernie przed niebezpieczeństwem.

Tego typu postawy rodziców – zdaniem autorki – prowadzą do wykształcenia się w dziecku:

  • zaufania do siebie, świata i życia,
  • naturalnego poczucia szczęścia, zadowolenia, spokoju i odprężenia,
  • zdrowego poczucia własnej wartości,
  • samodzielności,
  • umiejętności podejmowania decyzji,
  • odpowiedzialności za siebie,
  • troski o siebie,
  • zdolności przejmowania inicjatywy, gdy potrzebuje pomocy i wsparcia,
  • naturalnego poczucia przyjemności z zajmowania się pożyteczną pracą,
  • solidarności z grupą społeczną,
  • naturalnej (a nie wymuszonej nakazami i zakazami) potrzeby stosowania się do norm wyznaczonych przez grupę.

Oczywiście większości rodziców wychowanych w kulturze zachodniej nie mieści się na początku w głowie:

  • jak można nieustannie nosić przy sobie niemowlę bez uszczerbku dla swoich własnych potrzeb czy choćby dla czasu przeznaczonego na domowe obowiązki,
  • jak nie skorzystać z pomocy wózka podczas spacerów czy zakupów,
  • jak nie przyuczać malucha do samodzielnego spania w łóżeczku,
  • jak nie kontrolować pory jego snu i posiłków,
  • jak nie inicjować zabaw z raczkującym szkrabem i nie ingerować w jego sposób spędzania wolnego czasu,
  • jak jednocześnie nie irytować się, gdy taki maluch wspina się po nogawce, gdy akurat przyszła kolej na zmywanie,
  • jak nie reagować napięciem, kiedy dziecko właśnie wdrapało się na kanapę i stoi nad jej krawędzią…

Kiedy przeczytałam książkę, wiele z obserwacji autorki wydało mi się słusznych, co nie znaczy, że łatwo wyzbyć się nabytych przez lata nawyków. Zresztą, nie ma się co oszukiwać – żyjemy w cywilizacji zachodniej i do pewnych rozwiązań stosowanych przez ludy pierwotne nie uda się nam powrócić. Warto jednak zacząć choćby od zmiany myślenia i wewnętrznego nastawienia.

Myślę, że można stopniowo uczuć się większej wrażliwości na potrzeby dziecka i traktowa je jako odrębny, autonomiczny byt.

Da się powoli powrócić do naturalnego instynktu ofiarowania noworodkowi, a później niemowlakowi, intensywnej bliskości swojego ciała, co pozwala mu oswoić się ze ogromną zmianą, jakiej doświadcza w chwili narodzin, wychodząc z przytulnego matczynego łona. Można dokonać przy tym fenomenalnego odkrycia, że opieka nad dzieckiem nie oznacza stawiania go w centrum uwagi kosztem codziennych rozrywek i obowiązków. To po prostu zgoda na to, by ciągle towarzyszyło nam w codziennych doświadczeniach i przez to uczyło się, co to znaczy być.

Z czasem można odkryć, że pełzający maluch nie potrzebuje wcale maksimum uwagi i kontroli mamy czy taty, tylko ich gotowości do ponownego przyjęcia go w ramiona, gdy zdecyduje się powrócić ze swej wielkiej życiowej wyprawy – spod stołu, z kąta, w którym znalazł odkurzacz czy z królestwa swoich zabawek, wśród których najbardziej zaciekawił go potargany, szeleszczący woreczek.

Wierzę, że można pozwolić dziecku swobodnie odkrywać przestrzeń wzdłuż, wszerz, wzwyż a nawet w głąb, bez nadmiernego leku, że coś mu się stanie i bez przekonania, że to niewłaściwe, aby maluch samodzielnie wspinał się na krzesło w celu zobaczenia tego, co jest za oknem.

Na pewno też da się tak zorganizować sypialnię, by zapewnić dziecku bliskość rodziców podczas snu. Można w tym odkryć ogromną przyjemność płynącą z zasypiania i budzenia się obok ukochanego maleństwa i naprawdę w żaden sposób nie musi to zakłócać intymności dorosłych.

Chyba da się też przetrwać te okresy, w których maluch zjada po swojemu posiłki, nie korzystając przy tym z nadmiernej ingerencji rodziców, samodzielnie sygnalizując kiedy i ile chce zjeść…

Dla dorosłych, którzy chcą się odradzać

Ale to nie jest tylko książka dla rodziców. Sądzę, że jedynie w tej pierwszej, podstawowej warstwie może ona jawić się jako kolejny poradnik o mądrym, świadomym wychowywaniu dzieci.

Moim zdaniem warto przeczytać ją też, przekładając akcenty – dostrzegając, że to książka nie tylko dla tych, którzy są czy  będą rodzicami, lecz dla każdego, kto sam kiedyś był dzieckiem. Czytając ją, można wybrać się w podróż do krainy własnego dzieciństwa. I chociaż dla większości raczej nie będzie to łatwa wędrówka, to na pewno w znacznym stopniu poszerzy horyzonty i pozwoli lepiej rozumieć samego siebie.

Podstawowe przesłanie, jakie ja z tej lektury wyniosłam, to silne przekonanie, że relacja z matką zawsze bardzo silnie rzutuje na całokształt ludzkiego życia.

Zrozumiałam dokładniej, jak to się dzieje, że często źródłem naszych różnych problemów w dorosłym życiu, są trudne doświadczenia z okresu dzieciństwa. I najczęściej są to te zdarzenia, których nawet nie pamiętamy, bo dotyczą najwcześniejszej fazy życia. Pod naszym napięciem, niepokojem, z pozoru nieuzasadnionym pragnieniem nie wiadomo czego kryje się zwykle potrzeba pozostawania w ramionach matki, niezaspokojona w pierwszym etapie rozwoju.

Dziecko w objęciach matki zdobywa doświadczenia, które przygotowują je do dalszego rozwoju w kierunku samowystarczalności. Wstrząsające, gwałtowne i groźne wydarzenia, jakich świadkiem i biernym uczestnikiem jest niemowlę trzymane przez matkę na rękach, dają podstawę do zaufania sobie. To ważna część surowca, z którego tworzy się poczucie ja.

Towarzyszy mi takie silne przekonanie, że każdy, kto chce być dorosły, musi zmierzyć się z tematem swojego dzieciństwa pełnego blasków i cieni…

I podobnie jak autorka omawianej książki wierzę, że bez względu na to, jak było, można starać się nadrobić zaległości w rozwoju i świadomie kształtować swoje człowieczeństwo, poprzez dostarczanie sobie bodźców, których może zabrakło w pierwszej fazie życia.

Rozwój w zgodzie z kontinuum

Patrząc na omawianą książkę z jeszcze szerszej perspektywy, dostrzegam, że uświadomiła mi ona ogóle prawo rozwoju.

Postulat życia w zgodzie z naturą oznacza przeżywanie go w taki sposób, by uwzględniać proces ewolucji, który zakłada, że spełniane nasze wrodzone oczekiwania.

Koncepcja kontinuum zakłada płynne i harmonijne przechodzenie z jednej fazy rozwojowej do drugiej, a przy tym poszerzanie pola doświadczeń o coraz to nowe, bardziej złożone niż poprzednie bodźce, które umożliwiają wzrost. Każdy gwałtowny, nieoczekiwany przeskok łamie zasadę kontinuum i prowadzi do napięcia, które nie służy człowiekowi.

Gdy człowiek wiedzie życie, do jakiego został stworzony, wszystko ma swój wyznaczony czas i potrzeba tylko uważnego wsłuchiwania się w rytm swoich naturalnych pragnień.

Pragnienia niemowlęctwa ustępują miejsca kolejnej fazie dzieciństwa, a każdy spełniony zbiór pragnień ustępuje miejsca następnemu. Pragnienie zabawy blaknie, pragnienie pracy staje się coraz silniejsze w miarę naszego rozwoju. Jeśli pragnienie dzielenia życia z osobą płci przeciwnej zostanie spełnione, rodzi się chęć działania na rzecz życiowego towarzysza i chęć posiadania dzieci. Potrzeba kontaktów towarzyskich z osobami podobnymi do nas jest zaspokajana od dzieciństwa do śmierci. W miarę jak rozwinięte potrzeby dorosłych dotyczące inicjowania i realizowania projektów zostają spełnione, a starzenie się ogranicza siły fizyczne, pojawia się wola bycia świadkiem sukcesów ukochanych bliskich, pragnienie spokoju, mniejszej różnorodności doznań, poczucia, że sprawy toczą się z naszym udziałem, zgodnie z cyklem życia, a ostatecznie i bez naszego udziału, aż ostatnia sekwencja życzeń zostanie spełniona.

(fot. unsplash)

Przewiń do góry