„Z księżycami nigdy nie wiadomo” (opowiadanie)

(opowiadanie wyjęte z cyklu „Strzępy pogodnych dziwactw”)

Prawa noga wystawała spod kołdry i dyndała zabawnie. Przyglądał się jej przez dłuższy moment, aż zegar przestał wybijać szóstą. Wtedy noga automatycznie znieruchomiała, sprężyła się i w jednym mgnieniu oka opadła zgrabnie na lipowe deski podłogi. Wstał.

Nie siedział na łóżku, nie przecierał oczu, nie ziewał i nie przeciągał się leniwie, tylko jak zwykle pobiegł w stronę okna. Szybko odgarnął zasłony – zaszeleściły i kołysały się kokieteryjnie. On jednak nie zwracał na nie nigdy uwagi. Otworzył natychmiast okno – skrzypnęło z bólu. Tego też nie zauważył. Patrząc daleko przed siebie i topiąc spojrzenie w rozpromienionym błękicie, wciągał w płuca surowe, zimne powietrze poranka. Nieśmiało wyciągnął dłoń po kubek, który jak zawsze postawił wieczorem na parapecie…

Wpadł na ten pomysł podczas ostatnich wakacji, które spędził u cioci Władzi w Rosiczynach. Ciocia Władzia miała duży, drewniany dom tuż pod lasem. Zawsze było u niej spokojnie – zwłaszcza odkąd dzieci dorosły i wyjechały do miasta. Wtedy ciocia Władzia i wujaszek zostali sami.

– Wszystko się pozmieniało – zwykła mówić ciocia z tym swoim łagodnym uśmiechem i patrzyła na męża z czułością.

A wujaszek kiwał powolutku głową, kołysał się lekko i z jeszcze łagodniejszym uśmiechem potakiwał cioci:

– Tak, tak, Kochana. Ech! Wszystko się pozmieniało… Spokojniej. Ale gwiazdy przeglądają się w stawie jak dawniej.

Potem wujaszek przytulał mocno ciocię i tak już siedzieli na tej werandzie w objęciach, słuchając rechotu żab. A dom przytulał się do lasu…

Gwiazdy zaś istotnie migotały w stawie i Witek zakochał się w tym widoku. Obiecał sobie, że za parę lat, gdy awansuje w pracy i będzie więcej zarabiał, zacznie budować dom taki sam, jak ten cioci Władzi i koniecznie przy takim stawie. Tak, żeby każdego wieczoru odwiedzały go błyszczące gwiazdy – milczące punkciki kosmosu.

Tymczasem po powrocie z Rosiczyn co wieczór wystawiał na parapet kubek czystej wody.

Każdego ranka, gdy wychodził do pracy i mijał rozespanych sąsiadów, uśmiechał się tajemniczo. Był bardzo dumny z siebie. Wszak tylko on pił codziennie herbatę z kubka, w którym przez całą noc mizdrzyły się gwiazdy. Herbata była wyborna. Miała posmak gwiezdnego pyłu i pijąc ją, Witek czuł, jakby cała ziemia i całe niebo należało do niego. Wydawało mu się, że cały wszechświat mu sprzyja i że wiedzą o nim nawet tam daleko – w jakichś zawieruszonych w bezkresnych przestrzeniach galaktykach.

Aż tamtego dnia przyszło mu się gorzko rozczarować.

Drżąca z podekscytowania dłoń nie natrafiła na kubek. Rozgorączkowany wzrok padł na potrzaskane kawałeczki porcelany. Coś złego musiało stać się nocą. Ale co?

Zastanawiał się cały ranek. Nie jadł nawet śniadania – nie miał apetytu. Wpatrywał się tępo w niebo, próbując zrozumieć, co zaszło. Czyżby któryś z sąsiadów poznał jego rytuał i zniszczył kubek z zazdrości? Nie – niemożliwe, żeby ktokolwiek się o tym dowiedział. A może wiatr…? Ale… Chyba też nie – przecież noc była całkiem spokojna. Nie, to na pewno nie wiatr. Chyba że… Ojej… Tak… Na pewno tak! Wzrok Witka spoczął na jasnym krążku, który rysował się po zachodniej stronie nieba, przypominając srebrzysty talar. To on!

Witek westchnął ciężko. Oczy mu pojaśniały i szkliły się smutkiem. Bo przecież tyle razy go prosił… Tyle razy tłumaczył, że za parę lat… Że już niedługo… Przecież szczerze obiecał mu, że będzie mógł przeglądać się w stawie koło jego nowego domu i że wszystkie żaby będą się w nim podkochiwać. Witkowi wydawało się, że księżyc to rozumie. Ach… Zaufał mu, a on zrobił coś takiego…

*

Biedny Witek! Nie wiedział, że z księżycami nigdy nic nie wiadomo…

Tamtej nocy nie mógł oprzeć się pokusie, by przejrzeć się w kubku Witka. Chciał zobaczyć siebie w całej pełni.  Lusterko wody obramowane brzegiem z porcelany okazało się jednak za małe. Księżyc starał się jak tylko mógł. Jego złociste odbicie rozpychało się na wszystkie strony. I nagle – – – puk!!!

Garnuszek pękł! Niespodziewanie. Woda kapała z parapetu. Księżyc zaś blednął i bledną, i blednął. Jego skrzywione oblicze topiło się w posrebrzonej strudze…

(fot. unsplash)

Przewiń do góry