Złość obwarowana lękiem

Po tym, co ostatnio napisałam o złości, uświadomiłam sobie mocniej to jej sprzężenie z lękiem.

Moja złość obwarowana jest z dwóch stron lękiem. To właśnie lęk ją wywołuje, ale też – przewrotnie – blokuje ją.

Żeby więc konstruktywnie przeżywać tę ważną emocję, żeby nie prowadziła ona do przemocy, ale do twórczego przepracowania konfliktu, warto chyba pochylić się nad tym lękiem i jemu poświęcić trochę uwagi.

1.

Z jednej strony jest to leżący u źródeł złości lęk przed tym, że jakaś ważna moja potrzeba zostanie niezaspokojona.

Podchodzi do mnie dziecko i mówi mi, że chciałoby się ze mną pobawić, a ja akurat teraz chciałam odpocząć. Zmęczyłam się gotowaniem obiadu. Potrzebuję chwili wytchnienia, odprężenia, zajęcia się tylko sobą samą. Jeśli zbagatelizuję tę potrzebę, przeoczę ją, będę udawać, że jej nie ma, wówczas może się i z dzieckiem pobawię, ale prędzej czy później zemści się to na nas. W najmniej oczekiwanym momencie wybuchnę. Może na to samo dziecko, może na inne, może na męża, może na panią w sklepie, może nawet na siebie samą albo wyżyję się, trzaskając drzwiami, kiedy jakaś błahostka wyprowadzi mnie z równowagi.

Kiedy jednak uświadomię sobie w porę mój lęk przed tym, że nie będę mieć czasu na odpoczynek i kiedy potraktuję tę lęk poważnie (tak samo poważnie, jak potrzebę dziecka, które chce spędzić ze mną trochę czasu na zabawie), wtedy łatwiej mi będzie poszukać dla nas jakiegoś wyjścia, które będzie dobre dla nas obojga. Może, kiedy powiem dziecku, że teraz wolałabym posiedzieć przez chwilę w fotelu, ono zrozumie to i pobawimy się później. Może ono wybuchnie płaczem, ale dla mnie samo wypowiedzenie moich potrzeb wystarczy, bym w spokoju serca mogła przez chwilę się z nim pobawić, a potem poleniuchować. Może po prostu wystarczy, że przeczytam mu książeczkę – wtedy i ono nasyci się moją uwagą i obecnością, przezwycięży nudę, i ja trochę odsapnę. Może wymyślę jeszcze wiele innych konstruktywnych rozwiązań.

Bo w gruncie rzeczy mój lęk o moje potrzeby opiera się na błędnym przekonaniu, że jest tylko jeden sposób ich zaspokajania, że to inni powinni wziąć odpowiedzialność za ich spełnianie, a nie ja sama, i że potrzeby innych są ważniejsze niż moje.

Tymczasem okazuje się, że moje potrzeby są tak samo ważne, jak potrzeby innych. Jest wiele najróżniejszych sposobów troszczenia się o nie i to ja mam realny wpływ na ich zaspokajanie. 

Co nie znaczy, że nie mogę w tym liczyć na pomoc i wsparcie innych ludzi. Ważne jednak, żebym nie oczekiwała, że oni będą się wszystkiego domyślać, albo spełniać każdą moją prośbę. Jako wolni ludzie mają prawo do odmowy i muszę to uszanować. Podobne prawo do odmowy mam przecież ja sama.

2.

Rozbroiwszy nieco lęk, który jest podłożem mojej złości, warto przyjrzeć się tej sprawie z nieco innej perspektywy.

Bo to wszystko, co powyżej napisałam, wcale nie oznacza, że nie mogę poczuć złości, kiedy po ugotowaniu obiadu, chciałabym w końcu odpocząć, a ten maluch akurat teraz potrzebuje się ze mną pobawić. Mogę poczuć jeszcze większą złość i frustrację, kiedy zacznie płakać, gdy mu powiem, że teraz nie mam ochoty na zabawę. Mogę nawet przeżywać wściekłość, kiedy dodatkowo kopnie mnie w takiej sytuacji. Bo przecież chciałam odpocząć, a tu nagle tyle hałasu i wrzasku!

Najczęściej w takich chwilach brakuje mi cierpliwości. Reaguję krzykiem, który nie polepsza sytuacji. Uczę się dopiero rozumieć, że atak złości małego dziecka często wiąże się z niedojrzałością jego mózgu, o czym przekonująco pisała Margot Sunderland w książce „Mądrzy rodzice”. Ono potrzebuje czasu, żeby wyrażać swoją złość, nie raniąc innych. Skoro mnie – dorosłej osobie – tak trudno poradzić sobie ze złością, to ten mały człowiek tym bardziej ma do tego prawo. Zresztą, ode mnie powinien się uczuć.

A ja często popadam ze skrajności w skrajność. Albo daję się ponieść złości i reaguję agresywnie, na przykład krzycząc. Albo, tłumię złość, bojąc się skrzywdzenia drugiej osoby i moich nieuporządkowany reakcji. Mój lęk przed zranieniem drugiego, lęk przed konfliktem i przed nieprzyjemną atmosferą sprawia, że wolę udawać, że wcale nie czuję złości. „Przecież nie można złościć się na małe i w dodatku ukochane dziecko” – podpowiada mi fałszywie mój strach.

Tymczasem sama złość nie jest niczym złym. To moja naturalna reakcja emocjonalna włączająca się w sytuacji, gdy zagrożona jest jakaś moja ważna potrzeba.

Mogę poczuć złość na każdego: na dziecko, na męża, na przyjaciela, na osobę chorą, niepełnosprawną lub starszą. Mogę  poczuć złość nie tylko na tych, których nie lubię, ale i na tych, których kocham i którzy są mi bliscy. Mogę poczuć złość w stosunku do osób silnych i słabych. Bo sama złość jako uczucie nie robi nikomu krzywdy, a często – przeciwnie – konstruktywnie przeżyta przyczynia się do umocnienia relacji. Mogę wtedy powiedzieć: „Umiemy dojść do zgody, nawet wtedy gdy przeżywamy kryzys, gdy odkrywamy, że jesteśmy różni od siebie i nieraz mamy sprzeczne dążenia”. Gdy czuję złość, to znaczy, że nie jestem wobec drugiej osoby obojętna, że ciągle zależy mi na niej. Nawet wtedy, gdy odkrywam różnicę zdań między nami. Nie muszę bać się konfliktu, bo on daje nam szansę rozwoju, wywołuje potrzebę twórczego dialogu. Na tym polega miłość.

Mogę powiedzieć dziecku: „Czuję złość, kiedy prosisz mnie o zabawę w momencie, gdy akurat chciałam odpocząć”. A gdy się rozpłacze: „Widzę, że jest Ci smutno i  przeżywasz frustrację z powodu mojej odmowy”. Jeśli moje napięcie wzrośnie, mogę dodać: „Wiesz, kiedy tak głośno płaczesz, ja też przeżywam frustrację. Tak bardzo chcę odpocząć, a Twój krzyk nie pozwala mi na to, ale bardzo chcę, aby spróbować znaleźć jakieś dobre rozwiązanie dla Ciebie i dla mnie”. Bywa, że i to nie pomoże. Prymitywne instynkty wezmą górę (odsyłam raz jeszcze do książki Sunderland) i dostanę kopniaka. Wtedy mogę powiedzieć stanowczo i twardo: „Czuję wściekłość, kiedy mnie kopiesz! Nie lubię być workiem treningowym!”

Nie wiem, czy i to pomoże. To, jak rozwinie się konflikt zależy tylko w pięćdziesięciu procentach ode mnie.

Wiem, że swojej złości nie muszę się bać. Tak samo, jak nie muszę się bać napadów złości małego dziecka. One nie mają nic wspólnego z brakiem miłości i szacunku. Są odruchem, który dziecko może nauczyć się z biegiem czasu kontrolować. W dużej mierze od rodziców zależy, czy będzie umiało w przyszłości wybrać zdrowy środek: ani nie tłumić złości, ani nie reagować pod jej wpływem agresywnie.

Krótko mówiąc: czy będzie potrafiło poradzić sobie z lękami, które obwarowują złość…

(fot. unsplash)

Przewiń do góry