Mira Jakowska Krzepiąca Korespondencja DoM Dobre Miejsce

Żyć z pasją, namiętnie i z sensem – korespondencja z Mirą Jankowską

Mira Jakowska Krzepiąca Korespondencja DoM Dobre Miejsce

Tym razem partnerką mojej listownej wymiany myśli jest Mira Jankowska. Kobieta, która założyła Mistrzowską Akademię Miłości, w ramach której organizuje widowiska edukacyjne – głównie na temat relacji damsko-męskich. Nota bene za kilka dni MAM będzie świętować swoje ósme urodziny – oto ZAPROSZENIE na to inspirujące wydarzenie (może uda Ci się skorzystać – KLIKNIJ!). O tym, jaką rolę w powstaniu Dom-u Dobrego Miejsca miała audycja Miry w Radiu Plus wspomniałam kiedyś tutaj. Nasza korespondencja utwierdziła mnie w przekonaniu, że naprawdę warto otaczać się pozytywnymi i inspirującymi osobowościami. To podnosi jakość życia!! Ponadto moja relacja z Mirą jest najlepszym dowodem na to, że warto przełamać się i spróbować nawiązywać z fascynującymi nas ludźmi realny kontakt. To uskrzydla i pokazuje, że stać nas na bardzo wiele, jeśli coś jest dla nas ważne.

Historie ludzi są zawsze najciekawsze

Droga Miro,
nie ukrywam, że z rozmysłem wybrałam kolejną adresatkę mojego listowego projektu właśnie Ciebie. DoM – Dobre Miejsce to nie tylko zachęta do ROZWIJANIA WNĘTRZA, ale też inspiracja do tego, by starać się dbać na co dzień o dobrą rodzinną atmosferą, o pielęgnowanie bliskości oraz magii ulotnych chwil, słowem – celebrowanie miłości.

A Ty jesteś przecież twórczynią Mistrzowskiej Akademii Miłości, która liczy sobie już prawie osiem lat. Widowiska organizowane co miesiąc przez Ciebie oraz Ekipę MAM są niezwykłe, nie tylko dlatego że poruszają ważną problematykę związków między kobietą i mężczyzną, ale przede wszystkim są bardzo atrakcyjne pod względem FORMY. Łączą elementy przedstawienia teatralnego z wywiadem przypominającym talk show. Sporo na temat WYKRYSTALIZOWANIA SIĘ TEJ FORMY można przeczytać na stronie internetowej Mistrzowskiej Akademii Miłości – choćby tutaj (www.akademia24.pl; Idea i geneza).

Chciałabym Cię zachęcić do tego, byś podzieliła się przemianami, które dokonywały się w Tobie na przestrzeni tych ośmiu lat. Jak Ciebie rozwijało i zmieniało Twoje dzieło?

Czekam z zaciekawieniem,
Monika

Kochana,
dziękuję Ci za tyle miłych słów. Fakt, to już 8 lat!!! Ilu ludzi się przewinęło przez MAM, ile zdarzeń miało miejsce, ilu widzów w Polsce i na świecie jakoś skorzystało z owoców tego przedsięwzięcia… I ilu korzysta… Mój Boże…

A ja MAM zaczęłam robić… dla siebie. Tak! Wiesz sama, że początki Akademii są w audycji radiowej Życie jest piękne, którą prowadziłam rankiem z nadzieją, że ten przekaz („życie jest piękne”) uda mi się wlać w serca zaspanych słuchaczy. I coś się chyba z tego udało, bo do tej pory wielu ludzi podpytuje mnie o tamten ranny program. Niemniej, w owym cyklu rannym piątkowa audycja była o mężczyźnie i kobiecie oraz relacjach między nami. To była też moja potrzeba poznawania siebie jako kobiety oraz płci przeciwnej w jej specyfice i odmienności. Nie zdawałam sobie wówczas sprawy, że spotka się ta tematyka z takim odzewem.

Miałam wówczas świetnych gości, i zawsze takich mam, to oni tworzą jakość tych spotkań, kiedyś w radiu, teraz w realu podczas scenicznych widowisk edukacyjnych, o których wspominasz, czy spotkań tzw. klubowych (w kawiarni). Historie ludzi są zawsze najciekawsze, bo to samo życie. Scenariusze, które ono pisze, są nie do wymyślenia! To raz. Dwa: zapraszani eksperci, którzy komentują i tłumaczą, co i dlaczego się w nas dzieje i jak sobie radzić, by żyć z pasją, namiętnie i z sensem – otóż owi specjaliści różnych zawodów to też najwyższa półka, choć nie z pierwszych stron gazet. Tylu bezcennych, mądrych ludzi mamy wokół, tylko oczy otworzyć i rękę wyciągnąć. Są wśród nich terapeuci, psychiatrzy, psycholodzy, doradcy rodzinni, mediatorzy, coachowie, filozofowie, logicy, biznesmeni, nawet generał Armii Amerykańskiej! No i wielu innych. Jak myślisz, Moniczko, czy mając wokół tak cennych i mądrych ludzi nie wpływa to na Ciebie? Zawsze! Jeśli tylko chcesz! Często powtarzam, że sama jestem dowodem na skuteczność edukacji prowadzonej w Akademii. I jestem jej pierwszą studentką.

Pytasz, co się we mnie zmieniło… Wiele. Nawet patrząc na zdjęcia, zobaczysz różnicę. Moi koledzy mówią, że czas mi służy. Ha! Miło! Ja też dobrze się czuję ze sobą. Ciężko na to pracowałam i pracuję nadal. Pilnuję siebie. To chyba wynik tego, że staję się coraz bardziej sobą. Wiem, kim nie jestem i rozpoznaję, kim chcę być. Wiele przekonań, zachowań, nawyków wchłaniamy od dzieciństwa i w życiu dorosłym czujemy, że to nie jesteśmy my. Że to nie jest moje… Ja to „nie moje” nauczyłam się zostawiać, odcinać, żegnać.

Zmieniłam np. kolor włosów. I zapuściłam je. Zawsze w dzieciństwie miałam krótkie, bo… praktycznie. Może było to wygodne dla rodziców, ale mało dziewczęce dla mnie. Do dziś mam senny koszmar, że ktoś mi ścina włosy lub że mam czarne. Brrrr… To nie ja!!! Piszę Ci o takim drobiazgu (choć to wcale nie drobiazg), żebyś mogła zrozumieć, o co mi chodzi. Bo może to wszystko brzmieć nieco enigmatycznie. Dziś usłyszałam, że włosy tworzą część naszej tożsamości. Moje na pewno tak! Nie wiem, jak u panów. Mam nadzieję, że u nich nie jest to tak z nimi zintegrowane, bo łysiejąc, zatracaliby siebie. Cóż, inne z nas istoty…

Kochana, tu się zatrzymam, bo noc.
Buziaki!
Mira

Odkrywanie siebie na nowo

Kochana!
W tym, co napisałaś o włosach był konkret, o który zawsze tak prosisz swoich ekspertów. Tak Cię zapamiętałam z audycji w Radiu Plus „Kochaj i rób, co chcesz, czyli Mistrzowska Akademia Miłości”. Co więcej ten konkretny przykład to rzeczywiście wcale nie jest drobiazg, bo to, co napisałaś jest mi bardzo bliskie. Całą moją młodość walczyłam o dłuższe włosy, których moi najbliżsi uparcie nie akceptowali, więc wiem, o czym piszesz. Dłuższe włosy są dla mnie metaforą mojej kobiecej siły i znakiem niezależności. Bardzo to wszystko kojarzy mi się z biblijną opowieścią o Samsonie, u którego obcięte włosy oznaczały utratę mocy.

To, co napisałaś o swojej przemianie odzwierciedlającej się w Twoim wyglądzie zewnętrznym jest rzeczywiście bardzo uderzające. Choć nie znamy się osobiście, to kojarzę Cię z kilku zdjęć w internecie i nie zapomnę, co pomyślałam w zeszłym roku, gdy nabyłam nagranie DVD Mistrzowskiej Akademii Miłości z generałem Armii Amerykańskiej. Nie wiem, który to był rok, Miro, ale ja nie mogłam Cię na tamtym nagraniu poznać. Wiem, że to pewnie były inne czasy, inna moda, ale rzeczywiście uderzyła mnie pozytywnie Twoja metamorfoza.

Z Twojego listu wyczytuje jeszcze takie przesłanie, że spotykając inspirujących ludzi, spotykamy także siebie prawdziwych. Zachwyt nad innymi pokazuje nam – przynajmniej częściowo – do czego tęsknimy w sobie, jakimi chcielibyśmy być, jaka cząstka nas samych jest może w ukryciu i czeka na przebudzenie.

Czy bliskie jest Ci takie doświadczenie? Czy zdarzyło Ci się kiedyś w kimś imponującym dostrzec tak naprawdę swój własny potencjał, który domaga się rozwinięcia? Chodzi mi o takie nagłe odkrycie: „Też chcę być taka! Mogę taka być! Mam w sobie podobny, choć może uśpiony jeszcze, zapał”?

Ślę uściski,
Monika

Cudownie piszesz, Moniko!
Jakbyś czytała mi w myślach…

Nie mam wątpliwości, że to, co dostrzegamy w innych i u innych, mamy też w sobie. Może nie w dosłownym sensie, ale pośrednio. Na przykład ktoś kocha operę i podziwia artystów operowych. Nie znaczy to koniecznie, że ma takie same warunki głosowe i teatralne, by występować, ale ma w sobie WRAŻLIWOŚĆ w tym obszarze (a nie każdy ją ma!) i w pewnym sensie jest bezcenny i „niezbędny” dla ludzi sceny. Kim byliby aktorzy i śpiewacy bez nas, czujących widzów? Bez wrażliwego odbiorcy sztuka nie miałaby racji bytu… Owszem, artysta wyraża też siebie, ale gdyby poprzestać tylko na tym, to kończyłoby się to frustracją, bo dopiero ODBIÓR dzieła i oddziaływanie na drugą osobę jest tym, czego w sztuce doświadczamy. Obie strony. Szukanie takich sprzężeń zwrotnych jest fascynujące.

Na moich warsztatach z rozwijania kobiecości i na kursie dla singli Dość samotności, bądź (z) kimś! robię takie ćwiczenie: Pomyśl o 3 osobach, które Cię fascynują, inspirują, podziwiasz je, chcesz być w pewnym sensie jak one. Nazwij ich 3 najważniejsze dla Ciebie cechy, zachowania itp. CO to jest? W CZYM Ci one imponują? Ludzie wybierają owe osoby nawet przez kilka tygodni, zmieniają typy, weryfikują… Kiedy już ustalą, kto to jest i co ich pociąga w tych postaciach, dowiadują się, że te pożądane cechy… oni noszą już w sobie! Muszą tylko pozwolić im zaistnieć na zewnątrz. Jak? To odrębna praca, ale umysł już zaskoczył i nie spocznie – o ile go sami nie powstrzymamy – by to odnaleźć i uruchomić.

Przykład? Znam wiele kobiet, które przez sporą część życia żyły dla kogoś: dla męża i rodziny, dla chorej mamy czy taty, krótko mówiąc – dla innych. To chwalebne i piękne, ale one… zapomniały o SOBIE! Mąż znalazł sobie kochankę, odszedł, albo żyje obok, dzieci wyfrunęły z domu, rodzice zmarli, a dziewczyna/kobieta została sama, gdy tymczasem jej rodzeństwo poukładało sobie życie prywatne. Te kobiety, kiedy na nowo zobaczą sytuację, w jakiej się znalazły, przejdą kryzys związany z przepaścią między tym, co miało być, a tym, co jest. Trzeba przez to przejść!!! Zaczynają wtedy szukać… siebie. Wówczas zadanie uświadomienia sobie na nowo, a niekiedy po raz pierwszy: KIM JA JESTEM? JAKA (NIE) CHCĘ BYĆ? staje się najważniejszym zadaniem życiowym. I to jest najważniejsze zadanie! Bo polega ono na tym, by to właśnie odkryć i dać światu (dla wierzących dodam, że jest to przejaw drogi ku zbawieniu, czyli wypełnieniu się miłością, by przyjąć Miłość, kiedy już staniemy przed rozkochanym w nas Stwórcą).

Dlaczego te moje wywody, skoro pytasz mnie o moje fascynacje i ideały? Ja też jestem „w drodze”. Co i rusz odkrywam siebie na nowo. A z konkretów dwa przykłady: pierwszy i ostatni – jak na razie – wzorzec kobiecego piękna i uroku.

Pamiętam w liceum koleżankę (mamy kontakt do dziś), która już wówczas ujęła mnie wdziękiem, uśmiechem, życzliwością i pomysłowością. W czasach kiedy w sklepach nie było takiego wyboru jak teraz, tylko gołe haki i musztarda, a papier toaletowy i kawa to były skarby na miarę diamentów, ona malowała oczy (piękne zielone) kredką brata – taką do rysunków. Tak! Miała szerokie dość bioderka, za to piękną szczupłą talię, więc ubierała się w spódniczki obcisłe w talii, a przymarszczone tuż pod nią, co dawało fenomenalny efekt. Była wesoła. Umiała flirtować uroczo (ja się uczyłam tego później). Miała poczucie humoru i inwencję, bawiła się życiem. Dotąd jest dla mnie jedną z najpiękniejszych kobiet, jakie znam. I jest żoną znanego muzyka. Nie dziwię się, że ją porwał.

Ostatnia moja miłość to pani Danusia. To jest… DAMA! Poznałam ją w sklepie o dumnej nazwie Pucuś czy inny Czyścik na Placu Grzybowskim w Warszawie, gdzie podbiła serca wszystkich kupujących. Pani Danusia ma 1,40 m chyba i jest drobniutka: „malusia, ale ważniusia” – jak z przekąsem mówi o sobie, cytując własną mamę. Pani nie podaje wieku, bo twierdzi, że kobieta, która zdradza swój wiek, nie utrzyma żadnej tajemnicy, ale wiem, że urodziła się w okresie bliskim I wojny światowej (tak tak!). Co to za klasa! Jaki urok, ile werwy i humoru, dystansu do siebie. Jaka polszczyzna! Mój przyjaciel kiedy ją usłyszał na płycie z widowiska Mistrzowskiej Akademii Miłości Tajemnica kobiecości (polecam tę i inne CD!!!), a potem poznał (i się w sobie zakochali), dopytywał się, czy jeszcze można nauczyć się tak mówić… Nie sądzę… Pani Danusia to zjawisko z innej epoki. Każdy, kto ją pozna zapada na chorobę uzależnienia od niej. Nie dziwię się. Co ona ma w sobie? Radość życia! Energię (choć chodzi o chodziku), dystans do siebie, miłość do świata, w tym ludzi i zwierząt, jasne poglądy, które śmiało wyraża… Łączy ludzi i niezmiennie zadziwia pytaniami i spostrzeżeniami, np. jak wyrazić artystycznie… próżnię? (opinie po widowisku MAM z udziałem Pani Danusi – tutaj, a płyta z nagraniem tego spotkania – tu – POLECAMY!).

Jeśli dożyję jej wieku, to chciałabym być właśnie taka… Ponoć mam szansę, skoro w niej to zauważam. Pytanie jeszcze CO Z TYM ZROBIĘ?

Pa, Mira

Droga Miro!
W tym, co napisałaś uderzyły mnie przede wszystkim dwie rzeczy. Pierwsza to taka, że spodziewałam się, iż jako ten przykład fascynujących Cię ludzi podasz jakichś coachów, mówców, mentorów, autorów mądrych książek (może nawet światowej sławy), a tu niespodziewanie weszły na scenę imponujące osobowości z najbliższego – by tak rzec – podwórka. Druga sprawa, to kwestia, o której napisałaś na początku – że niczym byłyby nasze talenty, uzdolnienia, gdyby to nie oddziaływało na innych i nie znajdowało odbiorców.

Te dwa Twoje spostrzeżenia pokazują mi pewien paradoks. Z jednej strony w rozwoju osobistym chodzi o wydobycie na wierzch swojej indywidualności i niepowtarzalności, z drugiej – to się nie może dziać w oderwaniu od poczucia wspólnoty z innymi ludźmi. I chyba rzeczywiście jest tak, że bez względu na nasze marzenia o życiowej misji, która zawojuje cały świat, warto zauważyć w końcu to nasze najbliższe otoczenie. Poletko, na którym przyszło nam żyć i na które mamy realny wpływ. Ostatecznie to jest chyba najważniejsze, żeby z tymi swoimi talentami i swoją oryginalnością wyjść do mieszkających obok nas ludzi i to im służyć swoją pasją, umiejętnościami, zaangażowaniem, a jednocześnie czerpać pełnymi garściami z ich niepowtarzalności, która może uzupełniać nasze braki. Wydaje mi się, że łatwo o tym najbliższym otoczeniu zapomnieć. Zwłaszcza na początku swojej przygody z odkrywaniem swojego potencjału, kiedy zachłyśnięci zachwytem nad swoją niepowtarzalnością bardzo szeroko próbujemy zakreślić horyzont naszego wpływu. Ja to przynajmniej tak przeżywam. I dziękuję Ci, że między innymi dzięki tej korespondencji i Twoim przykładom mogłam to zauważyć.

A kolejne pytanie, które mam Ci ochotę jeszcze zadać przed podsumowaniem naszej listowej wymiany, zadałaś sobie poniekąd sama. Nie dociekam jednak, CO TY Z TYM ZROBISZ, co odkryłaś jako swoją fascynację i co prawdopodobnie jest także w Tobie, bo rozumiem, że to ciągle sprawa otwarta. Może jednak masz jakieś sprawdzone już sposoby na rozwijanie swojego potencjału i możesz się tym ze mną i naszymi czytelnikami podzielić.

Załóżmy, że nagle uświadamiasz sobie jakąś kolejną swoją mocną stronę – co robisz z taką wiedzą?

Pozdrawiam Cię ciepło,
Monika

Zgodzić się na niemoc

Wiesz, Moniczko,
obecnie bardziej niż zachwytu nad sobą i innymi, doświadczam własnej niemocy i ograniczeń w niektórych sferach… Przechodziłam już takie stany. Kiedyś powodem był nadmiar pracy i ucieczka w nią (!), czyli pracoholizm, albo angażowanie się w sprawy społeczne z pominięciem siebie (złamana „zasada stewardesy”), czy zaniedbana sfera „ja kobiecego”…

Dziś pojawiają się inne kwestie (zachowam je dla siebie). W sumie to ciekawe i rozwojowe doświadczenie poczuć i zgodzić się na niemoc, ograniczenie, bezradność, brak kontroli nad niektórymi obszarami życia, które były do tej pory jakoby zabezpieczone… To odwaga i wyraz dojrzałości przyznać się, że sobie nie radzimy, że mamy jakiś brak. Ja czasem tego doświadczam. Każdy to ma, ale często tak bardzo boimy się okazać słabość, że do krwi ostatniej walczymy o i tak stracone już rzeczy, czy sprawy… Niemoc otwiera mnie na „nowe”, na „inne”, na „mnie samą inną”… Staję się bardziej ludzka, dostępna, oswojona… To też przygoda: odkrywanie siebie. Bywa, że nie dajemy sobie na to przyzwolenia, bo „lepsze stare-znane, niż nowe-nieznane”. Boimy się „nowego”, bo nie wiemy, co nas tam czeka, a przecież tylko TAM, w „nowym”, jest rozwój, poza sferą mojego bezpieczeństwa i mojej kontroli nad rzeczywistością.

Pytałaś: Czy zdarzyło Ci się kiedyś w kimś imponującym dostrzec tak naprawdę swój własny potencjał, który domaga się rozwinięcia? Chodzi mi o takie nagłe odkrycie: „Też chcę być taka! Mogę taka być! Mam w sobie podobny, choć może uśpiony jeszcze, zapał”?

Pewnie! Wiele razy… Przypomina mi się moje doświadczenie z południowej Hiszpanii, kiedy zobaczyłam kobiety w różnym wieku i młode, i dojrzałe, i baaaaardzo dojrzałe, wszystkie zadbane i szczęśliwe. To było odkrycie! Zrozumiałam, że u nas kobieta po 40-tce często staje się często „niewidoczna”. Ba! Niekiedy nawet wcześniej „zanika”… Nie ma jej samej, jest tylko w rolach: żony, mamy, siostry, pracownika, koleżanki, przyjaciółki… Spotykam takie panie na moich warsztatach. I całe szczęście, że przychodzą! Sama też to znam z autopsji. Opisałam nawet kiedyś to doświadczenie w artykule o odkrywaniu kobiecości. Zacytuję tu siebie sprzed kilku lat:

1. Poobserwuj kobiety z ciepłych krajów – Hiszpania, Włochy, Grecja – na filmach lub jeśli to możliwe na żywo. Zauważyłaś, jak one przeżywają swoją kobiecość? Kwitną, niezależnie od pory roku i swojego wieku… Nawet panie w wieku 50, 60, 70 lat są w pełnym rynsztunku: makijaż (choć 40 stopni w cieniu), odważne dekolty, kolorowe sukienki do kolan (tak!) odkrywające nogi i mądrze podkreślające atuty figury, pantofelki na obcasie, pomalowane paznokcie u rąk i nóg, biżuteria. One też nie mają idealnych figur, ale potrafią cieszyć się życiem. I to jest pociągające.
2. Włosy – moi koledzy zwrócili uwagę na to, że w naszym kraju w pewnym wieku, wszystkie kobiety mają już krótkie włosy. Niestety racja… Tymczasem niezwykłym atrybutem kobiecości są włosy dłuższe, bądź długie. A na pewno zadbane, być może warto skorzystać z farby? Pomyśl… Ja nawet na ulicy pytam panie, o to, gdzie tak świetnie podcinają, układają fryzurę. I uzyskuję odpowiedź. Często sama tam idę. Pytaj więc.

Teraz pewnie się zdziwisz, ale… ja sama dla siebie stałam się wyzwaniem. A było to tak… Kiedyś przez przypadek zaczęłyśmy sobie z koleżanką na plaży robić zdjęcia – aparat zawsze pod ręką, czyli telefon komórkowy. Zimno było jak na Syberii, ale my dzielnie rozdziewałyśmy się… Plaża pusta, więc sobie pofolgowałyśmy. Frajda niesamowita! Fotki wyszły zabawne i urocze. Potem ona wyjechała, a ja zostałam tam jeszcze kilka dni. I robiłam sobie zdjęcia sama. Tak! Z samowyzwalaczem. I po kolejnej serii zobaczyłam, że jestem… ładna! Ha! Dziś to wiem i się z tym zgadzam (choć ktoś może to kwestionować, chodzi o MÓJ odbiór siebie), ale wtedy nie było to dla mnie oczywiste… Ludzie mogą ci mówić różne dobre rzeczy, ale dopóki nie stanie się coś, że ty tego sama DOŚWIADCZYSZ, nic się w tobie nie zmieni. Nie uwierzysz. Wiesz o tym, ale i tak nie wierzysz. Pozostaje to w obszarze wiadomości przyjętych przez umysł, ale niedoświadczonych w ciele. Czyli nic to w tobie nie zmienia. Dopiero DOŚWIADCZENIE przemienia jak katharsis. Bo to jest „PRZEJŚCIE PRZEZ” coś, jak przez ogień czy rzekę. Odciska się to na tobie. Zostawia ślad. Czasem bliznę. No więc, dzięki tym fotkom-faktom sama dla siebie stałam się… punktem odniesienia. Moja świadomość i mentalność (przekonania na własny temat) musiały się nieźle napracować, by dotrzeć do obrazu i emocji, jakich doświadczyłam, robiąc sobie te zdjęcia sama (!!!) i dostrzegając, że jestem bardzo OK, a potem w życiu to rozwijać. To była praca! Stąd warsztaty z rozwijania kobiecości. Dlatego są one skuteczne. Bo najbardziej jesteśmy skuteczni tam, gdzie nas doświadczano. Właśnie w słabości, w naszej biedzie, niemożności, w braku i wstydzie z tego powodu tkwi istota twojej misji życiowej, twojego powołania do realizacji zadania tylko tobie przydzielonego. Pod jednym jednakże warunkiem: że ten brak, niemoc, bliznę zauważysz, zaakceptujesz, przyjmiesz, oswoisz i… ukochasz. Wtedy staje się to twoją siłą. Nic i nikt ci tego nie odbierze. To twoja TOŻSAMOŚĆ. Twoje nowe imię.

Dorzucę tu jeszcze to, co wówczas napisałam. Może ci się to przyda, a może jakiejś innej kobiecie czy mężczyźnie… A czemu nie? Oni, panowie, są równie wrażliwi – a czasem bardziej – niż my, kobiety i inaczej przeżywają rzeczywistość. Gdybyśmy umiały ich uważniej słuchać, świat byłby bardziej przyjazny… Uwaga: jeśli to przeczyta facet, to chodzi tu o ZASADĘ ŻYCIOWĄ, a nie o wcielanie się w nasze, kobiece, zachowania…

1. Kobieto, aby pomóc sobie zaakceptować siebie samą, zrób sobie sesję zdjęciową – ale tylko wtedy, gdy dobrze wyglądasz: masz makijaż, ładną fryzurę, jesteś w dobrej formie. Zobaczysz, jak już jesteś piękna. Zdjęcia może Ci zrobić zaufana osoba, znająca arkana fotografii albo… Ty sama. Polecam samowyzwalacz, nawet w telefonie komórkowym – świetne rozwiązanie! To bardzo wyzwala z blokad, bo się nie krygujesz jak przed fotografem, a jesteś naturalna… Ja przećwiczyłam to kiedyś na plaży. W stroju kąpielowym, żeby było jasne. Jak mnie to uwolniło! I jaka to była frajda! A jednocześnie świetna zabawa i piękna opalenizna w efekcie.
2. Zdjęć musi być dużo, dużo! Nawet 200-300. Z tych wybierz 10 dobrych, pozostałe skasuj. Tak robią agencje fotograficzne. Te dobre oglądaj wielokrotnie i racz się własną urodą. Nie będziesz wierzyć początkowo, że to Ty i że sobie na to przyzwoliłaś – na zachwyt nad sobą. Wstyd i poczucie niestosowności będą Cię kąsać. Wytrzymaj. To bitwa o siebie. To nie pyszałkowatość ani narcyzm. O nie! To ważne narzędzie psychologiczne w procesie uzdrawiania zakłamanego obrazu samej siebie noszonego w umyśle. Uwaga: to proces.

Mężczyźni mogą doświadczyć zachwytu z naszej strony niekoniecznie nad ich wyglądem, ale nad sposobem działania, myślenia, reagowania… postawy życiowej, wartości i ich realizacji w codzienności. Sprawdźcie, Panie, same, jak to działa. Powiedz facetowi prawdziwą i pozytywną rzecz. Nie wierzę, żeby się obraził… On tak samo tego potrzebuje jak każda z nas. To czemu tego sobie nie dajemy, no czemu?

Moniko, nie wiem, czy odpowiedziałam na Twoją prośbę-pytanie… Może trochę naokoło, ale przynajmniej od serca.

Padam na nos, więc znikam, bo mogę zacząć pisać głupoty…
Pa, pa!
M

Kochana Miro!
Dziękuje za wyczerpującą odpowiedź. To nic, że naokoło, bo to, co napisałaś, jest bardzo konkretne i cenne.

Bardzo dobrze znam tę różnicę między WIEDZIEĆ a DOŚWIADCZYĆ. I tak sobie myślę jeszcze, że warunkiem tego DOŚWIADCZAĆ jest po prostu działać, przejść z fazy samego myślenia w sferę czynu. Czasem pierwszym etapem przełamaniem bierności może być samo pisanie – jako forma szukania rozwiązania problemu czy utrwalania pomysłów chociażby.

Poprzez PROJEKT KRZEPIĄCA KORESPONDENCJA staram się pośrednio także do tego inspirować. Na koniec naszej listowej wymiany proszę Cię, byś w dwóch zdaniach podzieliła się jeszcze wrażeniami z tego procesu. Może coś było trudne albo – przeciwnie – przyjemne i odkrywcze?
Pozdrawiam Cię serdecznie,
Monika

Moniko,
co mnie ujęło, to fakt, że można mieć tak oryginalny pomysł na siebie jak Ty, Moniko. Bardzo osobisty, a jednocześnie odpowiadający na potrzeby innych.

Patrzę ze zdumieniem, podziwem i radością, że ludzie robią takie rzeczy!

Ciężkie było czasem odkrywanie poprzez Twoje pytania siebie na nowo. To też niespodzianka. Ja wolę mówić, niż pisać, ale z Tobą dobrze mi się rozmawiało, pisząc. Dziękuję, że mnie wybrałaś do tej zabawy-inspiracji. Podziwiam i sekunduję Ci serdecznie. Kawałek dobrej roboty, Kochana! Rób to dalej! Może kiedyś nawet to wydasz… Kto wie…

Przewiń do góry