ZAPISKI Z PODRÓŻY BEZ DZIECI #6 Orientacja w przestrzeni – orientacja w relacji

5

Mój mąż świetnie orientuje się w przestrzeni. Nie tylko bardzo dobrze rozczytuje mapy, ale też szybko znajduje rozeznanie w rzeczywistym terenie. Dużo szybciej niż ja – choć uważam, że jak na kobietę ja też orientuję się nieźle. Nie paraliżują mnie nowe przestrzenie, lubię podążać w nieznane, a jako dziecko uwielbiałam oglądać mapy.

Bez względu na wszystko potrzebuję jednak kilka sekund, żeby rozróżnić prawą i lewą stronę. Mój mąż czyni to automatycznie. Nie potrzebuje czasu na zastanowienie. Jestem pewna, że w typologii osobowości MBTI okazałby się typem poznającym (Sensing), mocno skupionym na rzeczywistych i namacalnych informacjach, mówiących o tym, co naprawdę jest.

Co innego ja –  intuicjonistka (Intuition), preferująca koncentrację na całościowym obrazie i powiązaniach między faktami. Analogicznie do przestrzennych umiejętności mojego męża potrafię z marszu wyłapywać subtelne niuanse w świecie ludzkich odczuć i zachowań. Bardzo ławo przychodzi mi się orientować w kwestii ludzkiej emocjonalności i potrzeb, które za nią stoją. Czasem jestem jak barometr, który wyłapuje przeróżne odcienie nastrojów i niestety bardzo często zbyt mocno biorę je do siebie. Nie zawsze potrafię się zdystansować.

W każdym razie ta moja umiejętność sprawnego poruszania się w przestrzeni relacji jest oczywiście nieocenioną pomocą w procesie wychowywania dzieci. To, co mojemu mężowi zajmuje bardzo wiele czasu, ja rozczytuję w mgnieniu oka i – jak na prawdziwą kobietę przystało – rzadko się mylę ;).

Z jednej strony jest to umiejętność podążania za dzieckiem i jego sposobem widzenia świata. Dostrzeganie potrzeb i emocji stojących za różnego rodzaju zachowaniami. Z drugiej – myślenie perspektywiczne, zdolność przewidywania reakcji, co ułatwia zażegnać w zalążku wiele konfliktów, których i tak w naszym domu na co dzień nie brakuje.

Zapytasz pewnie: „No i gdzie tu jest ta Ameryka?” Ano jest – subtelnie ukryta w tym wszystkim, o czym teraz czytasz.

kolaż orientacja w przestrzeni

Przy wyjściu z lotniska w Chicago i w Miami uderzyła nas niespotykana w Europie otwartość na turystów i chęć niesienia pomocy przez Amerykanów. Nie musisz nawet prosić o pomoc. Wystarczy, że jesteś po prostu sobą. Twój zagubiony wyraz twarzy jest dla Amerykanów wystarczającym powodem, by podejść i nie pozostawić Cię samego z problemem.

Jestem pewna, że i bez tej życzliwości spokojnie poradzilibyśmy sobie, wykorzystując orientację przestrzenną mojego męża. Czasem jednak tutaj w Ameryce zdaje się ona niepotrzebna. Stany nie są dobrym polem, na którym ta umiejętność mojego męża ma szansę się rozwinąć, bo inicjatywa Amerykanów ją wyprzedza.

I to ich na każdym kroku zadawane pytanie „How are you today?” – jeszcze zanim się przejdzie do rzeczy… Nie wiem, na ile dla nich jest to rodzaj grzecznej zaczepki. Czy dzięki temu zwyczajnemu pytaniu – tak powszechnemu w ich kraju – stają się bardziej wrażliwi na świat własnej emocjonalności? Czy dzięki temu są bardziej świadomi swoich uczuć i samopoczucia?

Nie wiem. Znam tylko swoje zagubienie, gdy podchodząc do nich z jakimś interesem (kupując kawę czy pytając o drogę), słyszę to dźwięczące wiecznym entuzjazmem: „Ho are you today?” I szukam słowa, by odpowiedzieć coś więcej niż banalne „Good”. Zajmuje mi to zbliżoną ilość czasu do tego, którego potrzebuję, by odróżnić „prawo” i „lewo”.

*

A Ty? Lepiej orientujesz się w przestrzeni czy w relacjach? Podziel się w komentarzu!
Przewiń do góry