Trzy największe wyzwania, przed którymi postawiło mnie macierzyństwo

 

Od dawna już chodził mi po głowie pomysł, żeby napisać artykuł w stylu: „Moje największe porażki w rodzicielstwie” albo „10 moich błędów wychowawczych”. Już widzę, jaką by miał popularność taki wpis! Ludzie przecież lubią podglądać to, co się innym nie udało.

Postanowiłam jednak takiego posta nie publikować. Nie dlatego, żeby mi nie zależało na popularności. Nie, nie! I nie dlatego, żebym była aż taka nieskazitelna, że 10 błędów wychowawczych nie potrafię znaleźć. Też nie!

Chodzi mi bardziej o same słowa: „błąd” i „porażka”. Ich wydźwięk jest negatywny. Jakby po jakiejś wpadce już nic nie dało się zrobić! Jakby przykrych doświadczeń nie dało się naprawić! Wolałam do swojego artykułu wybrać słowo „wyzwanie”, bo tak właśnie staram się patrzeć na wszystkie moje macierzyńskie kryzysy. Mam głębokie przekonanie, że gdyby nie ta moja nieporadność jako mamy, nie mogłabym się tak pięknie rozwinąć jako kobieta i jako człowiek.

Więc dzisiaj będzie o wyzwaniach w moim macierzyństwie – tych trzech największych!

1. Radzenie sobie ze złością

Generalnie chodzi tu o radzenie sobie ze wszystkimi trudnymi i nieprzyjemnymi emocjami, ale złość jest tutaj najważniejsza. Potrafię bardzo głośno krzyczeć, trzaskać drzwiami, a nawet rzucić kubkiem w ścianę. Takie oblicze mojej złości budzi oczywiście sprzeciw – nie tylko otoczenia, ale także mnie samej. Macierzyństwo dało mi jednak tyle nowych okazji do przyjrzenia się temu uczuciu, że zamiast go tłumić, zaczęłam się z nim przyjaźnić.

To prawda, że dużo czasu zajęło mi, aby zrozumieć, że ani moja złość ani złość moich dzieci nie jest wcale taka zła, jak sama jej nazwa wskazuje. I choć w naszym domu ciągle jeszcze dochodzi do wrzaskliwych ekscesów ze złością jako wiodącą emocją, to widzę, że coraz szybciej potrafimy wszyscy dojść z sobą do ładu. Wyciszyć się, przeprosić, przetransformować, zrozumieć informację, z jaką złość do nas przyszła. Najczęściej jej rewersem jest lęk o niezaspokojone potrzeby. I z tej perspektywy uczę siebie i uczę dzieci, że złość może być naszym sprzymierzeńcem, który domaga się, by w porę go zauważyć i wysłuchać.

2. Odpuszczanie kontroli

Wcześniej nie podejrzewałam siebie o to, że mam aż takie przywódcze zapędy. Bardzo bym chciała wszystkich w domu zmienić na swoją modłę. No, bo skoro już spędzam w tym domu tyle czasu i znam już te dzieci tak dobrze, to przecież jak dyryguję nimi, to wszystko może iść szybciej, gładziej itd. A poza tym, co jak co, ale już na pewno znam się lepiej na zajmowaniu się dziećmi niż mój mąż. BRRRR!

Samą mnie otrzepało, kiedy to teraz napisałam. Dobry znak! Bo dotarło do mnie po kilku latach takiej dyrygentury, że wcale nie jestem odpowiedzialna za relację między moimi dziećmi i ich tatą. Mam być dla nich wystarczająco dobrą mamą – nic ponad to. Im mniej się wtrącam w ich sposób komunikacji, tym lepiej. A gdy dołożę do tego jeszcze zachęcanie dzieci do samodzielności oraz więcej troski o relację małżeńską zamiast dzieciocentryzmu, to już bywa naprawdę cudnie! Nie zawsze mi się udaje nie wrzucić swoich trzech groszy, ale staram się, staram. Podjęłam po prostu wyzwanie!

3. Dbanie o swoje potrzeby

To coś, o czym właściwie jest cała strona DoM Dobre Miejsce. Proszę, jakie dobre owoce mogą rozwinąć się z naszych trudnych doświadczeń! Nie nawołuję mam do dbania o przestrzeń dla siebie, dlatego że mam z tej dziedziny doktorat i jestem świetnym teoretykiem problemu. Drążę ten temat, dlatego że jestem praktykiem i to w dodatku praktykiem od tyłu (w mądrych książkach to się nazywa „à rebours” – „na odwrót”, „na wspak”). To znaczy, że najpierw mi się kompletnie nie udawało zadbać w macierzyństwie o siebie, ale z czasem doświadczyłam na własnej skórze, jakie to ważne i postanowiłam dzielić się tym doświadczeniem z innymi.

Zresztą nie wiem, czy da się tego błędu uniknąć. Bo niby teoretycznie wiedziałam od samego początku, że troska o siebie jest ważna… Ale też nie znam – szczerze mówiąc – kobiety, która zostając mamą, nie zapomniałaby choć na jakiś krótki okres czasu o swoich potrzebach. Ja tak bardzo utożsamiłam się na początku z potrzebami swojego dziecka, tak bardzo chciałam je chronić od wszelkich nieprzyjemnych odczuć, że zupełnie zapomniałam o sobie. I dopiero kiedy zaczęłam na nowo od siebie – zaczęło być w naszym domu lepiej.

*

Jestem ciekawa, czy to, o czym piszę jest Ci choć trochę znane i bliskie? A możesz napiszesz mi o swoim macierzyńskim Mont Evereście? Co dla Ciebie jest największym wyzwaniem? Podziel się w komentarzu!

  • Ja stanęłam przed tymi samymi wyzwaniami – szczególnie to pierwsze było (i wciąż jest) dla mnie trudne. Ale dzięki dzieciom zaczęłam się interesować tym tematem i podjęłam konkretną pracę.

    Dodatkowo u mnie wyzwaniem stała się jeszcze odpowiednia organizacja czasu. Zawsze wychodziło mi to całkiem nieźle, ale od kiedy wraz z dziećmi pojawiło się tak wiele nowych czynników (często trudnych do przewidzenia) uczę się tego od nowa.

    • Agnieszko, dziękuję, że się tym podzieliłaś! Wygląda na to, że macierzyństwo to prawdziwa rozwojowa przygoda :).